czwartek, 28 lutego 2013

gdyby mi ktoś 10 lat temu...



(rozpadające się małżeństwo, zadłużone mieszkanie, do którego nie miałam żadnych praw, jedynie obowiązek spłacania długów, których narobił ex-małż)

powiedział, że za 10 lat:

będę miała młodszego partnera, dom na wsi, samochód, prawie zapłacone wszystkowcenie w Egipcie,
oraz…. TADAM… fchrrrancussskie perfumy od Diochrchrchra samego

no, nie wierzyłabym, ani trochę w taką kupę szczęścia

A teraz?
proszę – na partnera kręcę nosem, mieszkanie na wsi mi nie odpowiada, samochód niby mój, ale na Ojca zarejestrowany, wniosek z tego, że im więcej człowiek posiada, tym wybredniejszy staje się. I jeszcze, że niezawodność samochodów i klasycznych zapachów jest ważniejsza od faceta :D

ale tygodniowe święto lenistwa i sybarytyzmu na słoneczku pod palmami jest niezmienne

znalazłam takie oto zdjęcie, na którym moje dziecię w zeszłą zimę na zlodowaconej Wiśle dawało upust uwielbieniu do geometrii


środa, 27 lutego 2013

z biegiem lat...

...staję się chyba meteopatką. Przygnębiają mnie nisko wiszące chmury, zawiesiste mgły, błoto i wyzierające zewsząd śmieci. Wczoraj rozleniwiłam się i zamiast machać ręcyma i nogyma w takt energicznej muzy i przyjemnie mobilizujących pokrzykiwań Ewy, zaległam na kanapie tępo wgapiając się w kiwające się za brudną szybą gołe gałęzie. Kompletna demobilizacja psychiczna. Niespecjalnie dobrze wpłynęło na mnie kilka pożartych ciastek. Ech, te babskie nastroje :)

Problem pojawił się z młodą. Oswojona dentystka zaproponowała konsultację ortodontyczną, sugerując aparat ruchomy - raz, że cena, dwa, że młoda stałego nie chce. Tymczasem nieoswojona pani zgryzolog sugeruje dość stanowczo stały. Różnica w cenie to około 3 tysiące, więc... Dumam i dumam, zrobiłyśmy po drodze zdjęcia szczękowe (only 90 zł:)) i nie wiem. Poszukam może innej pani zgryzolog, albo popaczę zagramanicę - podobno w Czechach taniej.

j'adore mam okazję nabyć - relatywnie tanio, nawet nie pytam skąd pochodzi. W sumie dla mnie to i tak cenowe szaleństwo ale zapach tak piękny, a niedługo dzień kobiet, więc... chyba ulegnę.




Przynajmniej, jak nie będę dobrze wyglądać (to dziś ten dzień - brak oka, włosy w niedbałą kitkę, żenua), to będę zabójczo pachnieć :)  


wtorek, 26 lutego 2013

Ale jaja...

wyprodukowało me dziecię, krew z mej krwi, kość z mej kości...
więc, skąd u niej te zdolności?



wiosną pachnie :)

niedziela, 24 lutego 2013

motylem jestem :)



Oczywiście, że NIE JESTEM na żadnej diecie, ani się nie odchudzam. Ograniczam spożycie :)

natomiast, podobnie jak autorka tego posta, coś tam ćwiczę. No, staram się :)

Wczoraj włączyłam moją mentorkę w zabójczym kilerze.

Hmm

Normalnie napisałabym tak, i byłoby to zbliżone do prawdy:

Praktycznie rzecz biorąc, prawie wszystko mi wyszło. Najlepiej polecenie "jak nie dajesz rady to zwolnij i przejdź do marszu". W momentach, kiedy należało "położyć się na macie", przebywający przypadkowo w okolicach mojego domu mogli odczuwać wstrząsy, będące skutkiem bezwładnego opadania mojego udręczonego ciała na rzeczoną matę. Rano odkryłam także popękane w miejscu moich rozpaczliwych quazi-podskoków panele. Końcówka z poleceniem "odpoczywaj w tej pozycji" również wyszła mi doskonale.

Ale...

dostałam maila od Anny-Michaliny. Że trzeba określać się optymistycznie, to wtedy wszyscy (szczególnie faceci) w to uwierzą. To się chyba nazywa afirmacja.

Więc...

Jestem, szprycha i pudzian w jednym. Ewa to przy mnie miękka parówa. Kilera zrobiłam bez zadyszki z trzykilogramowymi ciężarkami w rękach, a, że miałam mało, rozważam zrobienie dziś kilerów dwóch. Albo trzech pod rząd. Mój brzuch przypomina zbrojony beton, uda i pośladki stal hartowaną, a rano wskoczyłam w spodnie w rozmiarze XS. Przed śniadaniem zrobiłam po 500 pompek na jedną rękę (bynajmniej nie damskich), a Fochman siedzi w kąciku i wyje z rozpaczy, że nie dość mnie dotąd adorował.

Ha.

sobota, 23 lutego 2013

a co mi tam smęty żenujące:)

prosta jestem, jak budowa cepa.

Wystarczyła perspektywa solidnego wycisku na świeżym powietrzu i od razu mi lepiej.

Nie wiem, czy wierzę w siebie bardziej, niż wczoraj. Chyba nie. Ale na ogół, po prostu nie zwracam uwagi na swoje liczne wady i ciemne strony niezłego w sumie żywota. Czasem mnie tylko tak dopada :) może to zmiana pogody?

Dziękuję za wsparcie, jednak nie byłam taka sama :)

Rano wstałam naładowana pozytywnie. Fochy Fochmana skwitowałam uśmiechem, niechęć dziecka do wyjazdu na narty energiczną pieśnią, psią mordę na mojej poduszce buziakiem w mokry nos.

Mam także w perspektywie rozliczanie PIT-ów, czyż to nie fascynujące?

zrobię to za pomocą jednego z licznych programów i programików, mam jednakże zgryz.

Otóż, należy pamiętać o ważnym procencie.

Ale komu?!

Postanowiłam (biegając) tak:

swój jednen przeznaczę na przytulisko ocalenie

nie jest wielki ten procent, a pewną ksenę staram się wspierać regularnie w inny sposób.

procent moich rodziców przekażę na chustkę, bo choć fundacja młoda, to można już.

Tyle tylko mam :) ale wierzę, że ziarnko do ziarnka :)


piątek, 22 lutego 2013

jadowita w czarnej dziurze

naładowana adrenaliną, po kilku dniach bardzo wytężonej pracy i obowiązków na obrotach, radośnie witałam piątek. Wyszczerzona jak pies do kupy śniegu, wyszłam z biura i...

nie wiem - jakby nagle zgasło światło.

Zorientowałam się, że nikt już nic ode mnie nie chce (w pracy chcieli, a jakże), moje dzieci i pies doskonale się bawią i w zasadzie mogę wrócić do domu o północy, nie mam do kogo otworzyć gęby, nawet fochmana gdzieś wywiało.

jestem SAMA

nie mam z kim iść na kawę, pogadać, pośmiać się, nie mówiąc o przytuleniu czy czymkolwiek innym.

powłóczyłam się smętnie po sklepach, odebrałam książkę z biblioteki, zajrzałam do biedronki i - daję słowo - całą drogę do domu płakałam.

bo, w zasadzie, nie mam już szans, by kiedykolwiek ktoś coś... wiecie :)
bo nie jestem taka fajna jak mi się wydaje - bo przecież miałabym wówczas z kim iść przez takie zaśnieżone ulice, prawda?

bo chodzenie samej do kawiarni na latte jest chujowe. Nawet, jak się udaje zaczytaną.

bo jedyne, co mogę zrobić, wyżalić się tutaj. Bo mam mnóstwo powodów do bycia kompletnie nieszczęśliwą. Jestem nieatrakcyjnym zaniedbanym babsztylem, którego nikt nie tyka nawet kijem, nie mówiąc już o recytowaniu poematów pod balkonem. Nawet balkonu, kurwunia, brak.

byłam bardzo blisko zadzwonienia do pewnej osoby. Wiem, że mogłabym się wyżalić na jego piersi, wypić z nim nie tylko latte, ale boję się, że w moim obecnym stanie skończyło by się czymś, czego mogłabym żałować.

Pozostaje mi bić sobie brawo za ten ostatni bastion zdrowego rozsądku.

Więc oto siedzę, czytam piękny post frustratki.

taki wiersz cudny tam jest, że muszę go zacytować


Rainer Maria Rilke - Samotność

Samotność jest jak deszcz.
Z morza powstaje, aby spotkac zmierzch;
z równin niezmiernie szerokich, dalekich,
w rozległe niebo nieustannie wrasta.
Dopiero z nieba opada na miasta.

Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,
kiedy ulice biegną witać ranek,
i kiedy ciała, nie znalazłszy nic,
od siebie odsuwają się rozczarowane;
i kiedy ludzie, co się nienawidzą,
spać muszą razem - bardziej jeszcze sami:

samotność płynie całymi rzekami.

(tłum. Janina Brzostowska)


a towarzyszy mi gorzka czekolada i cierpka nalewka

Wszystkich samotnych pozdrawiam. 
Jutro... 

środa, 20 lutego 2013

pracuję, żeby nie było...

a nadgodziny powodują lekki komputerowstręt.

Więc szybciutko podziękowania dla Viki za powiększoną śledziennicę, buziaki :)

i niech będzie niegrzeczny Boy :)

Inna znów dziewczynka była,
A wołali ją Ludmiła.
Mimo dość tłustego cielska
Była bardzo marzycielska.
 

Często śniło się jej w nocy,
Że ją Rycerz miał w swej mocy,
A ona z wielką ochotą
Uwieńczała go swą cnotą
 

I w sympatii doń miotała
Duże kształty swego ciała.
Nikt na palcach nie policzy,
Ile miała z tym słodyczy.
 

Jednej nocy, bawiąc wspólnie,
Rycerz czuły był szczególnie.
Ciągle mówił: "Ach! Ludmiło!"
(Niby tak się to jej śniło.)
 

Wciąż mężniej sobie poczynał,
Aż łóżko wpadło w urynał.
Oto jak nas, biednych ludzi,
rzeczywistość ze snu budzi.


Wracam do mojej rzeczywistości :)

poniedziałek, 18 lutego 2013

działo się na deskach :)

w sobotę - dzien otwarty na bulwarach ustrońskich: szkolili, uczyli, poprawiali, herbatką częstowali, sprzęt za darmo pożyczali, smarowali, muza grała, nic, tylko biegać. A to wszystko tutaj. 

Młodsza młodzież zawieziona do kochanej przyszywanej ciocio-babci, robi kolorowe jajka ze wstążek i cekinów, ja walę w pracy nadgodziny :) 

Od jutra zapowiadają wieeeelkie śnieżyce, oddaję zatem autko w ręce oswojonego mechanika, z listą upierdliwych drobiazgów, które w normalnym domu zrobiłby normalny facet. 

ale, ale

obejrzałam następny film!

Kto wymyślił, że polskie kino jest be? No kto?

To nie był łatwy film. Dużo siebie widziałam w postaci granej przez Artura Ż., tu pokazana relacja syn-ojciec, ale .... Jeśli jeszcze nie widzieliście, polecam z całego serca mój rower. A recenzje... hmm. Chyba jak z dupą - każdy będzie miał swoją :)




piątek, 15 lutego 2013

ej, szalała, szalała...

jadowita w czwartek na biegówkach :) Szkoda, że krótko, ale nie chciałam młodzieży zniechęcić. Kubalonka zaprasza bardzo fajnie - bezpłatny duży parking, pięknie przygotowane trasy, niedroga wypożyczalnia. 


+

w ramach ferii pojechałyśmy jeszcze do ośrodka zagroń. Niestety, aquapark tamtejszy jest hmm... no do luftu jest :) Było zwyczajnie brudno. Ośrodek nowy, a np z czterech dostępnych suszarek do włosów trzy były uszkodzone.  Jest ciasno, wszystkie atrakcje upchane, masaże niewygodne, a sauny i grota solna dostępne dla wszystkich, co oznacza wrzeszczące dzieci na okrągło wołające mamę albo tatę i odwrzaskujących im rodziców. W tzw strefie relaksu :) I to wszystko za niemałą kasę, nie polecam. 

Za to w drodze powrotnej pięknie ugościła nas znowu karczma po zbóju. Moje dziecię pochłonęło olbrzymią porcję jadła drwala, myślałam już, że nie da rady :) 

Biegówki nas wciągają, jutro znowu jedziem, hej!


wtorek, 12 lutego 2013

Wszystko jest trudne, nim stanie się proste :)


Proszę zostawić bez komentarza banalność zdjęć :)
Piosenka jest piękna jak jej wykonawczynie, to wystarczy



Bezrefleksyjnie...

Przechodzę do porządku dziennego nad 21 urodzinami syna. Byłam wówczas w jego wieku, bawiłam się w dom. Czy mogę go winić za to, że jest taki sam? Że się bawi? Że geny ojca okazały się równie mocne jak nieprzydatne w życiu? Bo w czym pomaga bycie uroczym wiecznym chłopcem z gitarą, o pięknych, brązowych oczach?

poza tym...
więc dziś wylazł ze mnie ponury Kłapouchy.

czwartek, 7 lutego 2013

jadowitej geniusz kulinarny dla niezaawansowanych:)

A bylo tak:

błądziłam po biedrze z paniką w oczach, bo byłam umówiona z agentem (bynajmniej, nie był to ani Bond, ani agent Tomek), więc pośpiech był wskazany, a na kartce zakupów widniało lakoniczne "coś do żarcia".

so...

wzięłam kurczaki i pomyślałam o chińszczyźnie. Poszłam do mrożonek - chińskich brak, więc, nie mogąc wybrać pomiędzy, wzięłam jedną włoską a jedną grecką. I chiską przyprawę :)

Warzywa udusiłam podsmażywszy - moje dziecię w ostatniej chwili wyjęło z gara torebki z przyprawami - w chińskiej przyprawie, dodałam podsmażony kurzy biust.

Ku mojemu i domowników zdumieniu - wielkie MNIAM :)

Wiem - przyprawa z glutacośtam, warzywa winny być świeże, a kurczak eko. 

Ale rzadko mi coś dobrego wychodzi, więc i tak daleko mi do doskonałej matki polki.

Z geniuszem w parze nie idzie geniusz komputerowy, albowiem dumna do wypęku stworzyłam na picasie filmik do piosenki, która mnie zachwyciła i chciałam się pochwalić, że potrafię i w ogóle, i wielka blada dupa. Filmik jest, ale nie działa. To znaczy działa w pikasie, nawet się dał przenieść do moich googlowych wideos ale wrzucony na bloga ani myśli się uruchomić i zachwycić również kogoś innego.

Hmm. Zapytałabym kogoś, ale nikt z moich znajomych/krewnych/przyjaciół nie wie, że piszę bloga :)

Będę kombinować.

Bajdełej:
staram się regularnie ćwiczyć z "moim" personalnym trenerem, Panią Ewą. Otóż Pani Ewa, znając moje skłonności do obżarstwa sybaryczego, w każdym filmiku uparcie twierdzi, że podstawą do zgubienia opony jest dieta (70% sukcesu). Ja na słowo dieta reagowałam natychmiast chęcią pożarcia czegokolwiek. Postanowiłam jednak, bardzo po cichu, że nie będę jadła pieczywa na kolację. To taki pierwszy mały kroczek. Myślę, że taka metoda stopniowej zmiany złych nawyków lepiej poskutkuje u mnie, niż radykalna głodówa i odstawienie wszystkiego natychmiast. Małe kroczki u mnie zawsze działają :) 

No, i zjadłam tylko jednego pączka :D

jakie to szczęście, że Ewa nie jest Osminem... 

poniedziałek, 4 lutego 2013

jadowita w trasie

Jadowita zwiedziła dziś ifps w Kajetanach celem sprawdzenia działania organu przed operacyją. Której terminu jeszcze nie ma, bo na nfz wszystko idzie powoli, takoż i poprawa słuchu i usunięcie dokuczliwych szumów :)

Droga do Kajetan pod W-wą usiana była góralszczyzną, czy ktoś wie, dlaczego? mazowsze piękne przecież, a tu z lewej zajazd górski, z prawej krywań, dalej janosik... a tak jakaś knajpa mazowszanka udekorowana w łowickie pasy?

wracając, zjechało nam się jednak nie do karczmy góralskiej w środku nizin, ale czystym przypadkiem i ssącymi żołądkami zegnani zostaliśmy do zajazdu pod grzybkami (339 km w kierunku na piotrków). przyznam się, ze chciałam uciec, ale fochman autorytatywnie powiedział, że po pierwsze, jest BARDZO głodny, a po drugie, jak tiry stoją to jedzenie dobre. A mnie się siusiu chciało :) Z zewnątrz i wewnątrz - skromnie i, rzekłabym - siermiężnie, ale czysto...

a to żarcie!! Kotlety jak stoły. Placka nie przejadłam - zabrałam ze sobą :)

Pyszne, gorące, syte i niedrogie :)

Piękny filmik obejrzawszy :)

Dowiedziałam się przy okazji, przy badaniu jakimś w klaustrofobicznej kabinie, że mój pień mózgowy działa sprawnie. Chociaż tyle :)



sobota, 2 lutego 2013

PPD - tylko dziś :)




Kulig był. Był śnieg, a właściwie jego resztki, sanie skrzypiące jak się należy, pokrzykujący gwarą woźnice (taa, dopóki się nie dowiedzieli, że my tutejsi praktycznie), domowa wiśniówka koleżanki Olgi, była kwaśnica i koryto



w karczmie, była kapela, i kiełbasa na ognisku pod gwiazdami na leśnej polanie. No. Tańce i hulanki, swawoli nie zauważyłam. Ale jakoś niespecjalnie się bawiłam. Uciekłam wcześniej, humoru za grosz.

Dziś rano przewidziane były narty, ale deszcz pokrzyżował nam plany. Podobno zajęcia się odbyły w resztach torów, ale co to za przyjemność jeździć w deszczu? W deszczu to się pije wino i zapada w kanapę z książką :)

Ale - to nie ja :) Od samego rana (no dobra, trochę później) wciągnęła mnie domowa krzątanina. Zrobiłam mnówsto odkładanych ciągle rzeczy, ugotowałam obiad, uwaga - dwudaniowy :D wieczorem jeszcze gorącą kolację, inspirowaną fritattą. W międzyczasie zrobiłam podejście któreś do musu czekoladowego, ale - jak zwykle - dupa blada.

Dumna jestem z siebie. Może jeszcze przyszyję urwany zatrzask do płaszcza? Ileż się można dziurę szalem zasłaniać, no...

czwartek, 31 stycznia 2013

od niepamiętnych czasów...


...obejrzałam film. 

Ach co to był za FILM, tadam.
Tak dobry był to film
I brad pit grał w nim
parampampam, 

Polecam


Po wieczornym czytaniu Kubusia Puchatka mogłabym ułożyć mruczankę o filmie. I zamruczeć.

Więc czytam jeszcze nastolatce wieczorami, tak i przytulam na dzień dobry i na dobranoc i całuję w nos i trzymam za rączkę kiedy idziemy gdzieś razem. Patrzę dookoła i wiem, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. Że przestanę być najfajniejsza i najpiękniejsza i najważniejsza. I mamo bo ty masz takie ładne oczy a moje takie bure są (a są piękne i zielone :)) 

I bardzo się boję, bo już wiem, że to ulotne i kruche chwile.  

 Czy nie jest miło budzić się rano w dobrym humorze, pomimo fochów Fochmana, w pracy popracować aż do zmęczenia, potem iść na zakupy i mieć trochę kasy na truskawkowe mazidła, grejpfrutowe pienidła, morelowe czyścidła i beżowe cienie?  Na usprawiedliwienie dodam, że z niższych półek :) No i jeszcze nowy plecak do szkoły, bo stary się rozdziurawił. W dodatku udało mi się baaardzo korzystnie dogadać z biurem pośrednictwa nieruchomościami... Oczywista, znajomość tenisowa bardzo pomogła :) 

Czy można być szczęśliwym, będąc w pewnych aspektach życia permanentnie nieszczęśliwym?
Zlekceważyć to co nas boli i być szczęśliwym pomimo wszystko? Uprzeć się, zaprzeć i już?


wtorek, 29 stycznia 2013

proszę o radę :)

miałam ci ja posta. Smutnego o kotkach. I pod tym postem kilka dziwnych komentarzy po angielsku, dodawanych w różnych odstępach czasowych. Ponieważ miałam wrażenie, że nijak się mają do treści posta, pokopałam w ustawieniach i wyrzuciłam je. A teraz ten post ma najwięcej odsłon. Z hameryki!! Czy ja się komuś naraziłam? Czy powinnam to była zostawić w spokoju? Hmm. Może to były zaszyfrowane korespondencyje jakichś tajnych agentów? a tu jadowita złośliwie delete. Help :)

niedziela, 27 stycznia 2013

to już jutro poniedziałek?!

znacie to?

Ciekawe, u mnie na odwyrtkę. Sobota rano, przeciągam się, riebiata śpią jak susły, pies chrapie, więc przeciągam się bardziej, jak kotka prawie. Taka mocno spasiona. Zaglądam przez ramię... Fochman ogląda mecz na komórce. Hokejowy. Powtórkę tego, co widział wczoraj na żywo. Tyle w temacie małego conieco. No, ale poczytałam sobie chociaż :)

Zdegustowana pojechałam z młodą na szkółkę jazdy na biegówkach  - póki jeszcze jest śnieg. Mój instruktor (grupa, hmm, zaawansowana) całkiem, całkiem. Może poprosić o indywidualne nauczanie? A jak nie pojmie aluzji i zacznie mnie faktycznie nauczać i połamię sobie nogi chcąc się wykazać, hę? Jestem w końcu zawaawansowana... wiekowo. I w rozterce. I w potrzebie. Ale, przecież jest tyle różnych rzeczy, które można robić zamiast...

polecam:

A, jeszcze jedno:
Otóż, w piątkowy wieczór, również spędzony na biegówkach, udało mi się bardzo, ale to bardzo poszerzyć swoje umiejętności. Nauczyłam się mianowicie, zmuszona okolicznosciami, smarkać w palce. Ale pss... nikomu ani słowa :)

No, i jeszcze podpatrzyłam u jednej takiej rozwiązanie odwiecznego problemu rękawiczek, które nie wiadomo gdzie upychać, spadają, się gubią itp. Zrobiłam pętelki z gumek na przeguby. To działa! Potrzebuję na chwilę ściągnąć rękawiczkę i ściągam, a ona sobie dynda. Polecam :)

piątek, 25 stycznia 2013

schadzka



Zaintrygowało mnie ogłoszenie na forum prowincjonalnego małego miasta. Gdzie tak niepozornie mija życie, a wszystkie dni są takie proste (kto rozpoznał cytat, rączka w górę)

otóż spragniony o nicku xxx pyta: "yyy i okolice, gdzie można spotkać się z Kobietą na 2-3 godziny?"

Odzew małomiasteczkowego społeczeństwa (a przynajmniej zinformatyzowanej jego części) nie był jednoznaczny.

xxx  został skrytykowany, że chce przebywać z rzeczoną niewiastą tak krótko, lub, że tak długo nie wytrzyma (sugestia, że wystarczy mu 5 minut). Został posądzony o zdradę lub/oraz przyprawianie rogów.  Dwuznaczne aluzje nijak się miały do konkretnego w końcu problemu człowieka. Który chce, ma z kim, ale nie ma gdzie. W przeciwieństwie do piszącej te słowa, która chce,  ma gdzie (nawet ponad 3 godziny) ale nie ma z kim.
Dodatkowo aluzje wywołały mnóstwo dygresji, równie radosnych co nie związanych z problemem założyciela wątku.

przy okazji padło słowo „schadzka”, którego dawno nie słyszałam, a jest urocze

Forumowicze może niecni ale jednak sprawiedliwi – zwrócili uwagę, że xxx napisał słowo „kobieta” z wielkiej litery. Co też ma swoje znaczenie.  Zakładając, że nie wcisnął Shift przez pomyłkę. 

Znalazł się jeden dyskutant, który negatywnie ocenił całość forum, poddając pod wątpliwość stan psychiczny forumowiczów, określając ich wypowiedzi mianem bełkotu, a ich samych różnymi innymi wyrazami.

Co na to jadowita?
„Macie beznadziejne skojarzenia. A może to współcześni Romeo i Julia? Młodzi, piękni, zakochani? W domu patologia - on ma wredną bezrobotną matkę-pijaczkę, ona ojca, który zażarcie pilnuje jej cnoty. Nie mają samochodów (wszak w naszym regionie funkcjonuje znakomita komunikacja publiczna), mieszkają z rodzicami i zgrają niepełnosprawnego rodzeństwa, którym także muszą się opiekować, uczą się pilnie przez całe ranki, a popołudniami ciężko pracują odśnieżając miejskie parkingi. Zarobione fundusze starczą na godzinkę, ale na dobę już nie. Ona jest piękna i świeża jak majowy poranek, on jak polski hydraulik z plakatu. Są naszą przyszłością. Ich dziecię będzie pracować na Wasze emerytury.”

Tak oto zacytowałam sama siebie :)
 
Popołudniem będę pomykać na biegówkach, a nie szukać (ani, tym bardziej weryfikować empirycznie, a szkoda) zacisznego pokoju do schadzek.  W sąsiednim prowincjonalnym, małym…

czwartek, 24 stycznia 2013

jadowita publiczna

Mam marzenia publiczne. To znaczy, takie ogólne. Że nie chodzi o szczupłe łydki moje, tylko jakoś tak szerzej. Publicznie i społecznie właśnie. 

Chciałabym na przykład nie znać ŻADNEGO polityka, z ministrami włącznie. Nie wiedzieć, który miał penis a obecnie dysponuje piersiami, a może odwrotnie, czy jest czarny, biały czy może żółty, jakie ma preferencje seksualne ani czy potrafi śpiewać. Ba, nie orientować się nawet czy jest prawej czy lewej orientacji!

Tak byłoby w kraju, w którym poseł pełni funkcję publiczną i nie robi z siebie idioty, w dodatku ponosi odpowiedzialność karną za swoje czyny. Bo poseł czy minister ma do wykonania określoną pracę i jego płeć czy wiek nie mają znaczenia (może być X-menem zgoła), powinien po prostu fachowo, uczciwie i rzetelnie pracować. Za niemałą w końcu kasę.

Chciałabym, żeby posłowie odnieśli zjawisko kryzysu do swoich zarobków i przywilejów. To znaczy, żeby nie obcinali tylko listy leków refundowanych albo dostępu do usług medycznych, ale sprzedali swoje super wozy i przesiedli się do komunikacji publicznej, (działającej, jakżeby, sprawnie i punktualnie). Żeby premier (i nie tylko) nie woził tyłka samolotem co weekend za publiczne pieniądze, tylko wsiadł do pociągu (niekoniecznie byle jakiego), gdzie przecież może pracować korzystając ze służbowego laptopa. Żeby, na przykład, wszyscy poniżej rangi premiera i prezydenta nie mieli samochodów służbowych. Bo tak jest oszczędniej. I bliżej szarej masy, czyli mnie.

Chciałabym, żeby resort zdrowia leczył, resort obrony bronił, a resort sportu propagował sport.

Tymczasem, dzięki działaniom ministra zdrowia chorzy popadają w czarną rozpacz, minister obrony wysyła ludzi na obce wojny, a sport jest na coraz gorszym poziomie i nie zmienią tego pojedyńcze wybryki gwiazd polskich, które stały się światowe, dzięki wyrzeczeniom swoich rodziców. 

Marzę o równości wobec prawa. Jeśli się upiję, naćpam albo spowoduję wypadek, ponoszę konsekwencje. Jeśli ktoś zginie z mojej winy, nie będę tańczyć ani udzielać wywiadów w TV tylko pójdę siedzieć. Proste, prawda?

Marzę o pokoju na świecie. O nieprzekupnych policjantach. O przejrzystym i czytelnym prawie, którego nie trzeba interpretować na różne sposoby. Marzę o gładkich drogach i pracujących pługach, ponieważ w ostatnim czasie moja (i nie tylko moja) droga dokądkolwiek przypomina jazdę bez trzymanki przez zamarźnięte piekło. 

I - a niech tam - szczupłe łydki dla wszystkich :)



środa, 23 stycznia 2013

serce nie ma zmarszczek

Chciałabym, dożywszy sędziwego wieku, umrzeć młodo.
To Magdalena Samozwaniec.

Postać barwna, niezwykłe życie, niezwykłe poczucie humoru. Na pewno umarła młodo, choć zdaniem najbliższych jej obsesja nie ujawniania na zewnątrz żadnych dolegliwości (szczególnie przed „przyjaciółkami”), doprowadziła do zaniedbania choroby i w konsekwencji do śmierci. Po prostu wstydziła się chorować. Ale nie o tym chciałam.
Starym można być mając lat 20. Starym można być przez chwilę, bo, według mnie, starość to stan umysłu. Dopóki widzimy niebo, kwiaty i biedronki (hmm, pamiętacie biedronki Diane Lane?), dopóki nam się chce iść na spacer (choćby z balkonikiem), albo biegać w zbożu, albo dziko się śmiać bez przyczyny, jesteśmy młodzi. 
Przypomniał mi się taki moment, kiedy byłam stara. Syn miał wtedy kilka lat, przyjechałam na wakacje na wieś, do wujostwa i nieco młodszych kuzynek. Wariatki podczas spacerów wskakiwały w zboże i kicały w nim jak zające, albo obrzucały się błotem podczas osuszania stawu. Stałam na miedzy i tak potwornie im zazdrościłam, tak bardzo chciałam też pobiegać w tym zbożu i w tym błocie, ale… przecież nie wypada. Przecież tu jest moje dziecko (też chyba kicało),  jak to w ogóle wygląda, żeby matka po zbożu biegała albo w stawie błotem, no jakże tak.
 Okropnie głupia byłam wtedy.    
Śmieszny ten czas – jakoś tak zakręcił, że czuję się dużo młodsza. Szkoda wprawdzie, że różne moje części się zużyły, czasem bolą i nie lubią przemęczania. Szczęście, że serce okazało się zdrowe, tylko jego właścicielka trochę przewrażliwiona (czytaj – histeryczka).
Życzę wszystkim kwiatów we włosach i śpiewu w duszy, na co dzień, bez okazji :)