wtorek, 17 września 2013

jak się ma logo do intuicji

Nie posiadam ja intuicji babskiej. Zero, null. Taki egzemplarz. Sprawdzone wielokrotnie, pewne i udokumentowane. To po pierwsze.

Po drugie, od jakiegoś czasu (jakieś skromne dwa lata) bardzo bardzo chciałam posiadać dżinsy marki W.

Za każdym razem, będąc w jakimś CH, wchodziłam do właściwego sklepu tylko po to, żeby się przekonać, że jednak wydanie trzystudziewięćdziesięciudziewięciuzłotychpolskich na spodnie to dla mnie dużo za dużo.

i szkoda, i żal, zwłaszcza, jak ktoś myśli o rafach na wiosnę :)

Jakiś tydzień temu natomiast poczułam dokuczliwe swędzenie. W tyłek chyba, w miejscu, gdzie lokowałby się znaczek wymarzonych spodni.

Coś we mnie wołało, żebym się z krzesła podniosła i odwiedziła lumpik, do którego rzadko zaglądam.

To nieprawdopodobne, ale w lumpku wisiały sobie, jak gdyby nigdy nic, dwie pary, w różnym odcieniu, ku mojemu zdumieniu obie w moim rozmiarze, w cenie 14 złotych za kilo.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu ukrytej kamery. Zdjęłam ostrożnie z wieszaka, powstrzymując się z trudem od ryknięcia czegoś w rodzaju Alleluja i załkania z radości. Ostrożnie zaniosłam do przymierzalni, kryjąc przed oczami innych klientów tego cudownego przybytku. 

Mam. Chodzę, będę w nich spać chyba :) Klasyczne, niezatapialne, proste, prawdziwe. Z zajefajnym znaczkiem na tyłku, który, notabene, uważam za jedną z najlepszych części swojego ciała (tyłek, rzecz jasna). Więc należy mu się odpowiednia ekspozycja.

Ech, idiotka ze mnie... Ale we  wranglerach :D

obczajanie


Obczajamy się z Józią wzajemnie. Józia najsampierw spowodowała tajemnicze zniknięcie pięciu kocich zabawek a następnie kabelka od aparatu, z czego wniosek, że dba o prywatność i nie publikowanie swojego wizerunku. Wyszłoby na jaw, że:
- bezwstydnie wygrzewa się przy kominku w towarzystwie odzianych w różowe skarpety stóp smarkającej Podlotki,
- tył psa jest dla niej źródłem nieustającej radochy, a przód psa oswaja się powoli,
- że własne jedzenie i własna woda jest beznadziejna (nawet, jeśli obsługa wsypie w celach badawczych DOKŁADNIE TO SAMO do obu misek) i trzeba żarcie i picie podkradać psu,
- tarza się z rozkoszą w ciuchach Podlotki przygotowanych do wystawienia, których zdjęcia są na aparacie właśnie, i nie sprzątnę ich dopóki nie wiem, czy zdjęcia wyszły.

Józia obczaja też podwórze, ale nieśmiało.

Ze spraw innych odnotuję dzień zaburzonej motoryki, w którym stłukłam dwa szklane cosie i rozbiłam na podłodze jedno jajko będąc trzeźwa.

Byłam także na imprezie pracowniczej, na której niczym szczególnym się nie wsławiłam, w przeciwieństwie do imprezy sprzed dwóch lat chyba, na której wygrałam konkurs wbijania gwoździa w pieniek i przez miesiąc tytułowana byłam Królową Gwoździa. Mam wrażenie, że wbijałam ów gwóźdź siekierą, ale chyba byłoby idiotyzmem dawać siekierę osobie tak pijanej, że widziała dwa gwoździe i waliła pomiędzy :)


wtorek, 10 września 2013

roller coaster

kulinarny :)


www.nynyhotelcasino.com

nękana wyrzutami sumienia, w ramach świeckiej ekspiacji za prawie dwutygodniowe zaniedbania, nadrabiam zaległości w gotowaniu.

I tak, na przestrzeni ostatnich trzech dni uraczyłam swoją rodzinę:

własnoręcznym sushi,
zapiekanymi nadziewanymi bakłażanami,
pomidorową na indyczej nodze,
zielonymi pierogami z mięchem,
mielonymi kotletami,
ciastem isaura,
garem chińszczyzny z kurzego biustu (promocja w biedronce:)),
sałatką ziemniaczaną,
i czymś jeszcze chyba, ale już nie pamiętam :)

Niech się cieszą, bo to chwilowe :D  Niedługo znowu zacznę przypalać wodę na herbatę.

Zgodnie z zaleceniami Pana Męczyciało, piję. Piję, piję i piję - wodę, herbaty owocowe, ziołowe, niesłodzone, żeby nie było. W ilościach wywołujących wstręt, ale piję :) Nieprawdą jest, że jak się dużo pije, to się nie chce jeść, przynajmniej mnie się CHCE bez przerwy :)

Nie zauważyłam poprawy jeśli chodzi o ból biodra. Nie znalazłam także potwierdzenia teorii Pana Męczyciało w internecie. Teorii, którą uznałam za optymistyczną i w którą uparłam się wierzyć, mając do wyboru ograniczenie lub wręcz zaprzestanie gry w tenisa. Ale, ponieważ Pan Męczyciało jest uznany w swoim zawodzie i krowie spod ogona nie wypadł - wierzę :)




lubię ten głos :) dreszczyki mam, gdy słucham, padam, padam tarararam :)

czwartek, 5 września 2013

jadowita uwiedziona :)

uwiodła mnie.... reklama :)


Dom zarasta brudem, pleśnią i pajęczyną, obiady z puszki albo suchy chleb, zwierzęta piszą donosy o złym traktowaniu do Rzecznika Praw Zwierząt  a dzieci do Rzecznika Praw Dziecka - trwa US Open :)


Pisałam już, że lubię Stana W.

jak to ładnie określił któryś z komentatorów eurosportu, wielbiciele Rogiego mogą schować chusteczki - oto jego godny następca wychodzi z cienia. Stan pokonał wczoraj Andy Murray'a, a niektóre jego zagrania chętnie uczciłabym podskokami, gdyby nie to, że leżałam jak mumia na fotelu...

albowiem, zdegustowana nieudolnością publicznej służby zdrowia w kwestii mojego biodra udałam się do fizjoterapeuty.

Dawno mnie nikt tak nie sponiewierał. Manualnie :)

Gdy Pan Męczyciało zasugerował, że powinnam przestać grać, odpowiedziałam bez zastanowienia, że nie ma takiej opcji. Na co on, że bardzo się cieszy, bo stali klienci to stały dochód :) 

Jest też możliwa inna przyczyna moich problemów i tego na razie będę się trzymała. Optymistycznie :)

wtorek, 3 września 2013

spłukana deszczem, poruszona gromem...

Zgubił mnie optymizm - kto, widząc ciężkie siwe chmury i uginające się od wiatru drzewa, zabiera parasol?

Przecież nie optymista :D

Tak więc mając do załatwienia spraw kilka, najpierw próbowałam uciekać, a potem po prostu poddałam się kroplom. Włos tak czy siak przyklapły, oko nie zrobione bo wycinałam jakieś ciało obce z powieki i nie wolno, a ciuchy wyschną :)

Krople ciężkie i soczyste spływały mi po twarzy i okularach, klapały soczyście na ziemię, a na kałużach tworzyły bąble. Mokry zapach, choć miejski, przypomniał mi niedawną wyprawę na kajaki, kiedy tak mokłyśmy z Podlotką pierwszego dnia, a dookoła szumiała rzeka.


Na dobre zadomowiła się u nas pewna Józia, nazwana tak na cześć Dziadka, któremu, nawiasem mówiąc, serducho wciąż kołacze, choć miało już, po zabiegu w Zabrzu, nie wariować. Pobyty w szpitalnym oddziale ratunkowym w celu, jak to tu ładnie nazywają UMIAROWANIA rytmu, stają się normą.

Józia natomiast jest bardzo miarowa. Miarowo je, miarowo wydala, jak róznież miarowo rozrabia i mruczy.

Nie wierzę w życie pozajóziowe, w obu przypadkach.

poniedziałek, 2 września 2013

wrzesień idzie, nie ma na to rady...

zakupy, zakupy, zakupy

miedź brzęcząca przesypuje się w portfelu, zapach nowych podręczników i zeszytów, nogi wystają ze spodni, a palce z dziurawych skarpetek, znacie pewnie ten szał :)

a jeszcze niedługo Podlotki urodziny, nudzi mię o tableta. Nie znam się. Zarobiona jestem :)


niedziela, 1 września 2013

jadowita rozebrana

spy..psychologicznie, znaczy się :) *

nawet taka niezłożona, czysto fizyczna istota jak ja, czasem sięga po literaturę myślącą, by się zastanowić i rozebrać na części pierwsze. Wszak nawet pierwotniaka można zanalizować.

Tym razem


Dowiedziawszy się ciekawych rzeczy, na przykład o logoterapii i hiperintencji (która okazuje się jak najbardziej mieć miejsce w moim ubogo duchowym - ewentualnie bogatym lecz głęboko ukrytym, podobnie jak kaloryfer na brzudu - istnieniu), zassałam także do pamięci cytat

KTO WIE, DLACZEGO ŻYJE, NIE TROSZCZY SIĘ O TO, JAK ŻYJE 

który znakomicie tłumaczy moją niechęć do sprzątania :)


* tendencje spychologiczne wynikają z bycia biurwą zawodową

środa, 28 sierpnia 2013

niespodzianka

 zjawiła się znienacka.

Wpadł wieczorem Wielki Brat, wyciągnął ją zza pazuchy i donośnie obwieścił, że przyniósł kota z grilla. Znaczy się, Brat był na grillu, co dało się dostrzec. I usłyszeć. Wyskoczywszy zza kurtki, zaświeciła całą swą potężną półkilową, szarą, pręgowaną postacią, syknęła na Bigdoga i ulokowawszy się dostojnie w Fochmanowym łóżku - konkretnie na poduszce - uznała, że jej wygodnie i zostaje.

Chwilowa konsternacja ustąpiła miejsca burzy, która skupiła się na mnie, rodzicielce Wielkiego i Lekkomyślnego Brata (który całkiem przytomnie dał nogę, pewnie kontynuować rzeczonego grilla). Fochman, który generalnie zwierzęta kocha bardziej niż ludzi, ale wyskoki Wielkiego Brata wprawiają go w totalne wkurwienie, się był zagotował. Bo kot był w planach i owszem, ALE, przecież nie tak znienacka, i taki niewiadomoskąd, bo podobno ze stodoły, pewnie pchły ma, miał być jakiś boroczek przygarnięty ze schroniska taramtamtam. Wysłuchałam tyrady, pisków zachwyconej Podlotki, i uznałam, że jak Wielki Brat wróci i otrzeźwieje, to najwyżej zwierzaka odwieziemy do domu.

Tymczasem, zwierz nie próżnował. Noc całą, jak to koty mają w zwyczaju, ugniatał nas w łóżkach, każdego po trochu, i mruczał do uszu. Noc całą nie nabrudził, a rano, w obecności świadków, ostentacyjnie załatwił się do ściągniętej ze strychu kuwety. Fochmana rozmiękczył, siedząc mu na ramieniu i oglądając z nim wspólnie mecz hokeja (co nie zostało potwierdzone przez niezależnych świadków). Zlekceważył kocie grule i skosztował psich. Napił się kociego mleczka. Pomimo otwartych na oścież drzwi i okien, ani myśli wychodzić z domu. Następnie pobawił się wdzięcznie psim ogonem oraz wstążeczką.

Cóż.

Trwa wzburzona debata na temat imienia :)

środa, 21 sierpnia 2013

uroczo roztargniona czy stary otępiały babsztyl?



 (http://fishki.pl/)


nieprawdopodobne, a jednak.

przyjechałam na parking, wzięłam z bagażnika torbę z rakietami i poszłam grać.

Na środku parkingu został mój samochód, z podniesioną klapą bagażnika, w bagażniku torba typu kosz, na wierzchu porfel, dokumenty, wyniki badań, skierowania, papiery z pracy (jak nic bym poleciała za wynoszenie), wszystko. Cała przebogata zawartość damskiej torby. Nawet prześwietlenie środkowego odcinka kręgosłupa oraz biodra :D

Po jakichś 40-stu minutach przyleciał znajomy. Dlaczego otwarte? Bo ja wiem? Mój biedny tata, nominalny właściciel tegoż samochodu, patrzył ze zgrozą. Zabrać jej karolcię, którą tak brzydko traktuje, czy zaryzykować jeszcze? Karolcia w nagrodę i podziękę dostała myjnię i 98 oktanów do baku, ja koszmarne sny o wszystkich chorobach zaczynających się otępieniem mózgowym.

Uczciwe ludzie tam łażą, naprawdę :)

wtorek, 20 sierpnia 2013

żniwa


nie mogę się napatrzeć na słomiane walce. Są takie... kosmiczne :) Zwłaszcza poukładane w pary.
Jakaś ostatnio niemrawa jestem, zmęczona, chociaż śpię po 8-9 godzin.


czwartek, 15 sierpnia 2013

wiosłem dobita :)

Ech, się dzieje.

W kwietniu, pod wpływem pewnego bloga, którego nie będę linkować żeby sobie sztucznie nie poprawiać klikalności, zapisałam się na... spływ kajakowy.

Trzeba Wam wiedzieć, że zielona jestem w tym temacie. Po prostu - chciałam spróbować.

Kto pływa, ten wie, kto nie pływa... niech czym prędzej zacznie, bo przygoda była wspaniała.

Warunki udanego rozpoczęcia kajakowania:
-kpiny i narzekania Fochmana, że też mi takie fanaberie w głowie i że ostatnio mam za duży pęd do nowości; gwarantują, że na pewno pojedziesz, choćby na złość
-zgubienie karimat przeddzień wyjazdu - wszak przy każdym sprzątaniu zawadzały, a jak są potrzebne - brak. Cuda po prostu.
-pobłądzenie po drodze, tak ze dwa razy,
-cudna pogoda deszczowo-burzowa,
-obowiązkowa miesiączka! bardzo ubarwia pobyt pod namiotem!
-łagodne napady paniki na widok pająka w drewnianym kibelku

Bałam się wszystkiego - że nie wytrzymam wiosłowania, że będę w ogonie grupy (wybrałam się na spływ zorganizowany), że wpadnę do wody, że...

Tymczasem, pomimo tysiąca niesprzyjających okoliczności, było cudownie. Moja Podlotka okazała się fantastyczną towarzyszką podróży i niedoli, pomocną i radosną (baardzo mi pomogła przezwyciężyć traumę gdy już MUSIAŁAM skorzystać ze sławojki, a w domu to ona boi się pająków!!!), instruktorzy byli cierpliwi i wyrozumiali, a przygodni towarzysze sympatyczni i pomocni. Czego chcieć więcej? Chyba jeszcze jednego spływu, no :)

Podlotka udaje, że wiosłuje 

Bardzo poranne słońce zagląda do namiotu, który ustawiłyśmy prawie całkiem same

Poranna pajęczyna i Pilica we mgle

Początek :)


Poza tym, pracuję, gram, jeżdżę na turnieje, obejrzałam aż trzy filmy ostatnio, to więcej, niż przez pół roku!!

Obejrzyjcie koniecznie Drogówkę, mocna rzecz, a zapowiedzi mylące.
Jedźcie na spływ kajakowy.
Oddawajcie krew, bo brakuje :)

Kocham Cię, życie :D

czwartek, 1 sierpnia 2013

Jura jeszcze raz :)

Podlotka i Bigdog - zwierza wodne :)

 prawdziwe zwierza wodne, w których towarzystwie można się chlapać

 Bigdog chciał zapolować, ale to kaczki zapolowały na niego 

 Mr Wyniosły, nie chciał się zaprzyjaźniać

Jadowita podąża spacerkiem leśną drogą

 albo skokami po skałkach

szereg podglądaczy 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Jura :)


Lubię Jurę, bo taka sielska jest, prawda? Te opłotki wsi spokojnych i wesołych, senne miasteczka, kapliczki, miedze...

No i  fajnie się na rowerze jeździ, bo górki niewielkie, a zapach łąk i lasów...



niedziela, 28 lipca 2013

intensywnie i pogodnie

jest, czyli nie mam czasu na pisanie :)

ostatni tydzień, z uwagi na brak Podlotki w domu, składał się głównie z niecierpliwego odsiadywania tzw obowiązkowych dupogodzin (nadrabianie zaległości po urlopie!!!)
 

 www.crn.pl

potem biegłam na basen, po basenie na korty, lub na odwrót. Skutek był ciekawy, bowiem w piątek w basenie dostałam skurczów i z wody wywlekał mnie ratownik. Masowanie łydki było wszakże moim najintymniejszym kontaktem z facetem od kilku lat, więc chyba się opłaciło :) Do skutków należy zaliczyć także zapuszczony dom i zaniedbanie osobiste ogólne (pedikiury i te sprawy), co zamierzam naprawiać w tym tygodniu. Weekend znowu spędzony na Jurze, mam nadzieję, że znajdę czas na uporządkowanie i zamieszczenie zdjęć.

Poza tym, ugięły mi się kolana z zachwytu nad nową piosenką Edyty Bartosiewicz i na wieść, że w końcu będzie płyta. Siła i piękno tkwi w prostocie, prawda?

I jeszcze, zadziwiłam Wielkiego Brata przenikliwością, bo niby skąd wiedziałam, że podczas weekendu była w domu impreza, no skąd? Przecież mu nie powiem, że odstawiając stół kuchenny na miejsce, postawili na odwrót, co poznałam po zużyciu ceraty :D  która, nawiasem mówiąc, domaga się wymiany...

I jeszcze, objadłam się pomidorów prosto z krzaka, ale takich malutkich zielono-pomarańczowych, twardych i chrupiących, kto lubi?

poniedziałek, 15 lipca 2013

urlopu dalszy ciąg

jadę z Podlotką pod przysłowiową gruszę, w objęcia Anioła.

Będę odcięta od neta, co jest też elementem urlopowym

A będzie mnie można spotkać:
- brykającą na weselisku w mieście co się często chowa;
- sędziującą na turnieju w mieście jak wyżej;
- pomykającą na trasach rowerowych Jury krakowsko częstochowskiej ze szczególnym uwzględnieniem okolic Złotego Potoku;
- taplającą się na kąpielisku tamże :)

Życzę wszystkim spokojnej pracy, jeśli pracują, miłego odpoczynku, jeśli odpoczywają, a na Jasnej Górze zaniosę skromne modły za wszystkich, którzy chorują, wierzę albowiem, że dobry Pan Bóg słucha grzeszników, jeśli proszą w słusznej sprawie :)

Wszystkim, którzy nie mogą wyjechać i odpocząć choćby dni kilka zostawiam widok wschodu słońca nad Morzem Czerwonym


oraz piosenkę, która wzrusza mnie i bawi od kilku lat bezustannie


do poniedziałku :)

niedziela, 14 lipca 2013

pędzikiem przez tydzień :)

Dzień pierwszy.

pakujemy się, lecimy, neutralizujemy bujanie...
irytujący jest fakt, że dotąd przechodziłam przez to na zasadzie prowadzonej na łańcuchu krowy, której tylko od czasu do czasu Fochman mówił, na której stronie ma otworzyć paszport. Teraz lecę sama, w dodatku z Podlotką, więc wpadnięcie w panikę wykluczone. W Hurgadzie jakaś para wykłóca się wrzaskliwie, że wizy są po 15$ a nam sprzedają po 17$. Well, trzeba było wyczytać na jakimś forum, tak jak Jadowita, że są po 25, to cena 17 byłaby powodem do zadowolenia :D


Dzień drugi.

niesamowite, ile ludzie potrafią nałożyć sobie jedzenia na jeden talerz. Kupa makaronu, ryżu i do tego 3 buły, myślałam, że to dla całej rodziny i Pani postawi talerz na środku, ale postawiła przed sobą. Podczas pobytu skrzętnie przestrzegam zaleceń bywalców w obawie przed klątwą, ostrożnie próbuję nowości,
z gwinta zapobiegawczo łykam żołądkową, a Podlotka lekcesobieważy to moje gderanie, co okaże się brzemienne w skutki.

Dzień trzeci.
kompletnie nie rozumiem, dlaczego kobiety nie lubią chodzić na ryby. Jadowita z Podlotką luuuubią chodzić na ryby :D


Dzień czwarty.

Snurkowanie tutaj jest sportem ekstremalnym, do głębokiego już morza można się dostać jedynie ze śliskich schodków na końcu kilometrowego mola. Jestem posiniaczona i podrapana, gdyż schodki nie są specjalnie zabezpieczone, fala rzuca człowiekiem, a na końcu schodków uparcie wiszą winogrona ludzisk, którzy plują, nie umieją wejść albo wyjść, albo zastanawiają się czy w ogóle próbować, ewentualnie pokonują drogę w dół na tyłku w przyśpieszonym tempie, co jest bolesne (wiem, sprawdziłam)

Wrażenia wynagradzają wszystko. Rafa jest fascynująca, a lekko odpływając w bok można się znaleźć w filmie "Wielki błękit"; kołysanie morza uspokaja i wycisza.


Dzień piąty.

Gderliwa i ostrożna Jadowita składa częste, choć rzadkie, pokłony Faraonowi.
Podlotka ma się znakomicie :)



Dzień szósty

Jest lepiej. Wydawszy równowartość torebki "marki" Prada lub dowolnej innej, w aptece, analizuję, co takiego zjadłam. Chyba to były daktyle, które na świeżo są po prostu pyszne :) Podlotka okularami marki "Ray Ban" oraz trampkami "Converse" wkroczyła w świat pseudoluksusu dla ubogich.


Dzień siódmy

rano z przerażeniem odkrywam brak plażowego ręcznika. Leżały dwa na tarasie, pod kostiumami, kostiumy zrzucone, ręcznika brak. Z ręczników trzeba się rozliczyć, kary, jakieś straszne pieniądze, robi mi się słabo. Zgłosić kradzież? co to da? dać w łapę sprzątaczowi? Analizuję sytuację, po dyskusjach idę ukraść ręcznik. Wracam z sercem w gardle, miękkimi kolanami i ręcznikiem. Wypijam pół szklanki żołądkowej i postanawiam nigdy więcej nic nie kraść. Po przeczytaniu informacji od rezydenta uświadamiam sobie, że zapłaciłabym jakieś 35 złotych.

Poza tym było do bólu klasycznie - słońce, słońce, słońce, piaszczysta plaża, pływanie, pływanie, spacery, szaleństwa na zjeżdżalniach, lenistwo, lenistwo, lenistwo :) Tak przywykłam do gorącego podmuchu powietrza wychodząc z jakichkolwiek pomieszczeń, że w nocy na lotnisku po powrocie przeżyłam szok. Polski lipiec, ech :)

Za tydzień wracam do pracy, zarabiać na następny wyjazd :)


sobota, 13 lipca 2013

doleciałam :)

(www.artween.com)

i oto jestem, cała, niezdrowa, tarmoszona przez faraona. Ogarnę chlewik w domu i siebie, zaniedbaną pocztę i zaległości w czytaniu blogów, to opublikuję wspomnienia poparte brązowym ciałem :) Poza tym, polski lipiec taki piękny :D

czwartek, 4 lipca 2013

kto się nie boi latać?

więc, nadszedł TEN dzień.


(źródło zdjęcia-oby nie prorocze:)

Na popołudnie zapowiadają burze z gradem - więc już miałam w nocy plastyczną wizję, jak w samolot uderza piorun.

Na miejscu - o ile dolecimy - też niewesoło.

Jeśli nie odezwę się w przyszły weekend, to kiepsko ze mną. Proszę mnie uprzejmie wspomnieć i opłakać jako osobę pełną cnót; niniejszym informuję, że dziecię młodsze pod opiekę teściowej niedoszłej oddaję, bo aniołem jest. Teściowa:)

Przy okazji wyjazdu naładowałam mp3 po brzegi. Tak sobie zerknęłam i poraziła mnie jej zawartość

Na mojej różowej kanapie siedzą w zgodzie eminem, anna maria jopek, mietek szcześniak, metallica, pearl jam, ania szarmach, the eagles, dire straits, dżem, rihanna, sting, harry nillson, don omar, barry white, kasia nosowska, eva cassidy, blur, selah sue, ira, grzegorz turnau , adamski, dołączył iron maiden.... 

czy to eklektyzm i dowód na otwartość, czy zwyczajna niedojrzałość muzyczna ?

co by Wam tu zapodać na urlop ?

środa, 3 lipca 2013

nieświadoma śmieciowych praw i obowiązków...

udałam się na zebranie wiejskie. Tłumy były, dobrze, że ludzie się interesują, choć większość po prostu przyszła się wyżalić, że będą płacić dużo więcej. Więc, zadałam kilka konkretnych pytań i jestem uświadomiona :) Może jednak nie będzie tak źle, zwłaszcza, że gmina planuje obniżenie opłat. A jestem za sortowaniem!!!

W ogóle dziś jakaś społecznie odpowiedzialna jestem, bo krew jeszcze honorowo oddałam, a będąc w antykwariacie (książka do chemii:)) nabyłam dwie pozycje, czego w ogóle nie miałam w planach, podwyższając krajową średnią czytelniczą.

I tak, na urlopie będę czytać

Ewa K. Kossak "Dagny Przybyszewska. Zbłąkana gwiazda"
i/lub
Judith Merkle Riley "Czara wyroczni"

i/lub coś tam jeszcze z biblioteki. Rewia rozrywki kupiona, bilety i vouchery odebrane, dolary nabyte, kostium dla Podlotki takoż, pozostaje tylko mieć nadzieję, że Egipt nie wyleci w powietrze.

hmm, całkiem niezły ten Iron... puszczę sobie raz jeszcze śledząc wiadomości z Kairu

Szkoda mi Egipcjan. Już rok temu byli sceptyczni, choć jeszcze pełni nadziei na zmiany, rozmawialiśmy o sytuacji z pracownikami w hotelu. Szkoda, że kompletnie nie mam rozeznania w sytuacji politycznej, widziałam tylko ludzi - właściwie takich samych jak my. Więc żadnych teorii nie odważę się snuć. Życzę im dojścia do porozumienia i stabilizacji.

a tak poza tym - byłam dziś całym sercem za Łukaszem Kubotem :) bardzo żałuję, że nie udało mu się wygrać.

jak daleko pada jabłko od jabłoni?


bardzo daleko.

Wielki Brat, dziecię me pierworodne, szaleje w Łodzi na koncercie


A co na to Jadowita, wielbicielka krainy łagodności?
polecił mi na odjezdnym do posłuchania, więc posłusznie słucham :)


Podlotka natomiast nie miała ŻADNEGO problemu z wyborem lektury na wakacje. Kazała mi mianowicie kupić - uwaga, hardcore - podręcznik chemii do klasy drugiej!!

Radosne kwiki (sole! mamo, kwasy!!!), które wydawała z siebie wertując książkę, upewniły mnie, że czasem to jabłko turla się i turla:)