środa, 12 lutego 2014

ofiara niedosłuchu (cudzego) i terroru (kociego) - oto ja

poprosiłam o przycięcie końcówek, grzywki i skrócenie tyłu. Zostałam poproszona o zdjęcie okularów i oddałam się typowej w tym miejscu dyskusji o pogodzie.

Po włożeniu okularów ujrzałam coś... czego nie potrafię nawet opisać. Cóż, w grzywce pod garnek jest mi WYJĄTKOWO NIE DO TWARZY.

uch.

grzywkę dało się przystrzępić.
a włosy odrastają, na szczęście.

Józia, po zabiegu, w gustownym czerwonym kubraczku terroryzuje domostwo. Zajęła wczoraj łóżko Podlotki, drąc japę przy każdej próbie położenia się doń prawowitej właścicielki. Podlotka zatem spała z nami. W nocy terrorystka uznała, że u nas cieplej i ułożyła się w zagłębieniu mojej pachy, protestując gwałtownie za każdym razem, gdy próbowałam zmienić pozycję. Skutkiem tego jest wykręcone ramię, okropne sny o ukrywaniu się w szafie przed faszystami (czytam aktualnie książkę M. Edelmana)  i ogólne rozbicie, pogorszone jeszcze po spojrzeniu w lustro i ujrzeniu rozczochranych rozpaczliwie krótkich kosmyków.

Oby do wiosny...

poniedziałek, 10 lutego 2014

niedługo dzień kobiet, więc

dostałam pocztą takie oto okolicznościowe coś :)

JA, KOBIETA
Nie czytam żadnych instrukcji.
Wciskam guziki, aż zadziała.
Nie potrzebuję alkoholu, żeby narobić sobie obciachu.
I bez alkoholu daję radę.
Nie jestem rozkapryszona, tylko "emocjonalnie elastyczna"!
Najpiękniejsze słowa świata:
"Idę na zakupy"
Nie mam żadnych dziwactw!
To są "special effects"!
Kobiety powinny wyglądać jak kobiety, a nie wytapetowane kości!
Przebaczyć i zapomnieć?
Ani nie jestem Jezusem, ani nie mam Alzheimera!
My kobiety jesteśmy aniołami, a gdy się nam podetnie skrzydła,
lecimy dalej - na miotle!
To nie jest żaden tłuszcz!
To "erotyczna powierzchnia użytkowa"!
Gdy Bóg stworzył mężczyznę, obiecał,
że idealnego faceta będzie można spotkać na każdym rogu.
...a potem uczynił ziemię okrągłą ?
Na moim nagrobku niech będzie napis:
"Co się głupio gapisz? Też bym wolała leżeć teraz na plaży!"
 Tak tak...my kobiety jesteśmy bowiem jedyne w swoim rodzaju...


Prześlij tę wiadomość do fajnych dziewczyn, a wtedy.... jak zwykle...nic się nie wydarzy,
ale przynajmniej je rozśmieszysz:-)))

Najbardziej podoba mi się napis na nagrobku. I elastyczność emocjonalna. Bardzo się przydaje.

Ostatnio jestem w stanie rozmawiać i myśleć tylko o pralkach  -  zajmuje mnie wybór modelu, rozpatrywanie rozmaitych prawdopodobnie kompletnie nieprzydatnych funkcji, manewrowanie między chęcią a możliwościami...Jak kupię, to się uspokoję. W planach mam kolejne kroki - ograniczenie lub zrezygnowanie z jedzenia po 19, pokochanie buraczka, stopniowe zmniejszanie kaloryczności posiłków, a także regularną depilację nóg... :) Na razie idzie mi nieźle. Okazało się, że mogę poczuć głód przed obiadem. Czyli, są postępy. Jutro jedziemy z Józią do weterynarza. Biega coraz częściej na zewnątrz - wszak wiosnę czuć w powietrzu, a kociorób od sąsiadów zbyt często tu zagląda; po ostatnich doświadczeniach z kociętami stanowczo jestem przeciw kocim ciążom. Nawet, jeśli jej efekty były słodkie.

czwartek, 6 lutego 2014

krok 2 - nauka dobrych nawyków



zdjęcie z szafa.pl

żeby było niestandardowo, na pierwszy tydzień wyznaczam sobie następujące cele:

1/ co najmniej 2 x dziennie używać błyszczyka do ust,

2/ od chwili powrotu do domu z pracy, do czasu przyrządzenia w domu obiadu,
   NIC NIE JEŚĆ

punkt 1 wydaje się Wam bez sensu?
otóż, niekoniecznie.

nie lubię zbytnio zastanawiać się nad sobą, analizować fatalnych wyborów 
dokonanych w przeszłości, grzebać w ranach i generalnie doświadczać bólu istnienia 
oraz dylematów moralnych.

Jest, jak jest. Będzie lepiej. No chyba, że nie :)

a ponieważ moje podjadanie ma zdecydowanie podłoże psychologiczne (brr), więc postanowienie używania błyszczyka, który kupiłam sobie skuszona jego urodą zewnętrzną, a o którym ciągle zapominam, odwróci uwagę od jedzenia.

Czas pokaże :)

Poza tym, utrzymuję moje dotychczasowe dobre nawyki - picie dużej ilości płynów (dzięki, panie Męczyciało!) i ćwiczenia, co najmniej co drugi dzień. 


środa, 5 lutego 2014

pa,pa, ciepłe kraje

Podlotka zdecydowała się na aparat na zęby.
Pralka zdecydowała się definitywnie i nieodwołalnie paść z przemęczenia.

Ja zatem muszę się pożegnać z egzotycznymi wakacjami...

buu.

Ale, miejsca na spływ kajakowy już zarezerwowane :)
I Jura zapewne mnie przyjmie serdecznie, jak co roku.

Maroko wszak nie ucieknie :D

krok 1 - spowiedź. I już siebie nie lubię.

Przyznaję, że jestem bezradna wobec jedzenia i jedzenie kieruje moim życiem.

Tak, jestem.

Sytuacja najbardziej typowa - wracam do domu, przygotowuję obiad - przeważnie wymagający jedynie podgrzania, lub niewielkich nakładów czasowych - i do czasu wyłożenia porcji na talerz pochłaniam taką ilość rozmaitych rzeczy "po drodze", że do posiłku siadam właściwie syta. Ale zjadam posiłek, po czym sprzątając/czytając/szyjąc/robiąc cokolwiek innego również podjadam - cukierki, czekoladę, wafla ryżowego, herbatniki, owoce, rodzynki, plasterek sera z lodówki - co mi się tam napatoczy. Robię to prawie bezwiednie. Kładę się spać z pękatym brzuchem, czuję się źle podczas ćwiczeń, bo jestem zwyczajnie przeżarta.


Nie chcę mieć domu sterylnego bez jakichkolwiek słodyczy czy innych spożywczych pokus - chcę zapanować nad odruchem sięgania po cokolwiek do żarcia!!

a zatem wróg nazwany - to brak przerw między posiłkami i pożeranie olbrzymiej ilości przekąsek.
Praktycznie nie bywam głodna.

tutaj jest całkiem ładnie opisane, co mniej-więcej zamierzam :) - klik

nie podoba mi się taka wszystko-i-wszędzie-żerna jadowita. Trzeba coś z nią zrobić.


poniedziałek, 3 lutego 2014

12 kroków

nie byłam ostatnio zbyt sumienna, jeśli chodzi o notowanie zdarzeń
a tyle rzeczy miłych się zdarzyło
i wygrana Łukasza Kubota i wygrana Stena W., o którym już pisałam kiedyś :)

i niemiłych też - powrót to pracy w burzowej atmosferze, zepsuty robot kuchenny i - padnięta pralka :(

czasu miałam jednak całe mnóstwo

wszak i chorobowe było, i kilka dni urlopu na ferie (spędzone niestety w domu, po Podlotka się rozkaszlawszy i rozsmarkawszy)

miałam nadrabiać blogowe zaległości, ale - nie wyszło
ale kilka sezonów Gotowych na wszystko zaliczone :)

wolne mi przeleciało na nocnych posiedzeniach przed TV, ale Australian Open to już historia

Przymusowa nieruchawość pooperacyjna i duża ilość czasu na robienie ulubionego żarcia niestety mają swoje wyraźne skutki w okolicach, które niegdyś były moją talią (jakby nie mogło pójść w biust, albo chociaż w pośladki...)

Ja, żarłok pospolity, zastanawiam się nad dietą (bo do ćwiczeń już powoli wracam i nie trzeba mnie specjalnie namawiać)

Chciałabym stworzyć listę dobrych nawyków i powoli ją wdrażać - coś jak metoda 12 kroków. Zastanowić się co mi sprawia największy problem, i stopniowo eliminować błędy. Bo wiem, że przejście z dnia na dzień na choćby najbardziej niegłodową dietę na świecie u mnie - nie przejdzie. Poza tym, przygotowywanie dla siebie samej 100 gram czegośtam skrupulatnie wymierzonego i upieczonego na grillu, i dodatkowo posiłków dla reszty rodziny? jestem na to zbyt leniwa.

praca nad sobą jest bardzo ciężka :)

środa, 29 stycznia 2014

pomiędzy breją a glutem, czyli historia porażki

Wiem, że istnieje inny stan skupienia ugotowanej kaszy, niż glut lub bezkształtna breja. Wiem, bo na szkolnej stołówce dzieci ją jedzą i uwielbiają. To znaczy, starsze już nie je (na szkolnej stołówce), ale młodsze owszem.

a mnie nie wychodzi ta kasza, któryś raz z kolei

brr

fuj

błee

piątek, 24 stycznia 2014

takie rzeczy to tylko na chorobowym


Na początku była spódnica, wypatrzona oczywiście na ciuchach. Gdy już przestałam sobie wyobrażać
kobietę ubraną w TAKĄ spódnicę, postanowiłam coś z niej zrobić :)



Kombinuję, składam, fastryguję a nawet sklejam. Dziewczyny, które mają pojęcie o szyciu,
proszone są o zasłonięcie oczu :)

W przerwach między szyciem uczyniłyśmy z Podlotką ziemniaczane piramidki

i deser a'la tiramisu, niestety lepiej wyglądał niż smakował



obiadek, w roli głównej łosoś,
w roli tła optymistyczna cerata w krowy wybrana oczywiście przez Podlotkę

Efekt końcowy, "worek z galot" jak to ładnie określił szewc zszywający problematyczne grube miejsca

wtorek, 21 stycznia 2014

płaszcz i zdrada

najlepszym dowodem na przyjście zimy jest zstąpienie ze strychu mojego zimowego płaszcza. Właściwie, powinnam napisać PŁASZCZA.

jest cieplutki, noszę go już chyba 9 lat i wyglądam w nim jak własna ciotka, niemniej jednak...

Każdego roku nadchodzi taki dzień, że wracam do domu przewiana na wskroś, z zimnym nosem, i wiem, że pora na PŁASZCZ. I, gdy następnego dnia mogę wyjść śmiało na najcięższe mrozy, nigdzie mi nie wieje i nie pada, to na duszy też mi się robi jakoś cieplej. Naprawiałam ostatnio oberwaną od nadmiaru upychanych niezbyt delikatnie kluczy kieszeń, oraz dziurkę po zagubionym fragmencie zapięcia

i pomyślałam, że już chyba pora na coś nowego. Wyprzedaże przecież są.

Kupiłam zatem puchowy płaszczyk.

Wróciłam do domu, powiesiłam nabytek w szafie (uprzednio obejrzawszy się w kilku lustrach), wyciągnęłam z niej dotychczas noszony i...

Żal mi się GO zrobiło, jakbym zdradziła przyjaciela :)

wyprałam, wysuszyłam - nota bene w okolicznościach pięknej styczniowej pogody - i obmyślam sposoby rewitalizacji staruszka.

Mam przeczucie, że ten nowy nie będzie tak ciepły, poza tym jest jasny i może będzie potrzebował zastępstwa?

poniedziałek, 13 stycznia 2014

ciszej, proszę :)

oswajam się z nowym światem.

wszędzie hałas, czy Wy, ludzie normalnie słyszący, o tym wiecie???

pościel szeleści
przewracana kartka książki brzmi jak łopotanie arkusza formatu A1
auta ryczą - słyszę je nawet w domu!
w kiblu niagara
talerze wydają brzdęki nieznośne
Józia tupie
Podlotka piszczy
a Bigdog z Fochmanem chrapią w nocy i głośno piją

jedyny przyjemny nowy dźwięk, który usłyszałam to kocie mruczenie
wymiata - brzmi jak traktor

piątek, 10 stycznia 2014

dźwiękowe koszmarki

wczorajszy dzień był koszmarny

cały

od rana

czy ktoś kiedyś słyszał głośno włączony mikrofon, o pocierany swetrem??

TO właśnie słyszałam - od rana, non stop

byłam bliska wydłubania sobie ucha środkowego widelcem



pod wieczór ucichło

to była chyba jakaś wiadomość od kosmitów


no i zamykają bibliotekę publiczną. Do listopada.

Nie wiem, czy to można uznać za dobry początek roku.

Mam za karę, że pojechałam na fajerwerki i szampana wśród ludzi, zamiast jak zwykle przywitać Nowy Rok w łóżku, co jak dotąd znakomicie się sprawdzało.


doceńcie ciszę

jestem, żyję, mam się dobrze :)

dziękuję, że myślałyście o mnie i czekałyście, to bardzo miłe.

sam pobyt - szybko, krótko, szpital prawie jak pensjonat, choć trochę jakby... taśmowo to wszystko szło. Najgorsze czekanie - operacje trwały od 8 do 22, zawołali mnie dopiero o 7, więc cały dzień na głodno, tylko pod kroplówką. Ale w miarę, gdy Panie wracały z operacji na własnych nogach z małymi plasterkami, nabierałam przeświadczenia, że wszystko będzie ok.

No i w sumie, było. Ból jest niewielki, zawroty głowy rzadkie, byłoby fajnie, gdyby...

zawsze jakieś ale jest.

Z moją wadą słuchu wiąże się nieciekawa przypadłość, tak zwane szumy uszne. Przy czym szumy, to określenie dość ogólne - są dzwonki, trzeszczenia, i inne takie. Niektóre jednostajne, niektóre okresowe, pojawiające się znienacka albo trwające bez przerwy.
Od kilku miesięcy bardzo nasilił mi się szum - jednostajny, dość głośny, w lewym uchu. Operację miałam orientowaną bardziej na ucho prawe, ze względu na to pogorszenie w ostatniej chwili - już na sali operacyjnej - zdecydowałam się na lewe.

Niestety, po obudzeniu się - szumi dalej.

Głośno, wyraźnie, jakbym gdzieś miała za ścianą włączony odkurzacz albo głośną suszarkę.

Jestem rozczarowana i zawiedziona. Wiem, że nie była to usługa gwarantowana, że równie dobrze mogło się pogorszyć, zawsze jest ryzyko, że nic się nie uda.



więc, powiadam Wam ja, jadowita - posłuchajcie  C I S Z Y



jestem pewna, że jest niesamowita. Ja nigdy jej nie usłyszę.

piątek, 3 stycznia 2014

przedpanicznie

powoli zaczyna zżerać mnie panika. A co robi jadowita, kiedy się denerwuje?

je
pochłania
pożera
opycha się
i tak dalej

coż.

Ratujemy sie z Podlotką - to znaczy ja się ratuję, wciągając przy okazji dziecię niewinne w serialowe meandry - oglądając od początku Gotowe na wszystko. Kończymy pierwszy sezon, omówiłyśmy  przy okazji tak interesujące pojęcia jak ejakulacja, rozstrząsnęłyśmy kwestię pierwszego stosunku - ewentualnego, ma się rozumieć, oraz moralne dylematy zdradzonych i zdradzających. Cudze poćwiartowane lub zakopywane pod ziemią ciała działają na mnie odprężająco.

W przerwach pomiędzy odcinkami rozstrzygam kwestie typu dres czy piżama, polar czy potwornie wielki szlafrok, oraz co będzie jeśli...

Doszłam do wniosku, że nie boję się ewentualnej głuchoty. Wolałabym natomiast wybudzić się z narkozy oraz zachować zęby - to ostatnie spędza mi sen z powiek odkąd wyczytałam, że utrata lub zniszczenie zębów jest, że tak powiem, wliczone w ryzyko zabiegu. Muszę koniecznie poinformować lekarza dokonującego operacji, że za moje koronki dałam kilka tysięcy złotych po ponadrocznym oszczędzaniu  i chciałabym je zachować. W niezmienionym stanie.

w międzyczasie wyszło na jaw, że Podlotka najzupełniej świadomie zlekceważyła konieczność przeczytania lektury. Bo się jej nie podoba. Poinformowała mnie spokojnie, że w czasie przewidzianym na lekturę czytała inne książki.

Quo vadis, Podlotko?!

Jestem złą matką. Ale, ponieważ istnieje spora szansa, że jednak się wybudzę z tej narkozy, zamierzam nad tym popracować :)

wtorek, 31 grudnia 2013

w Nowym Roku - bądźmy szczęśliwi, po prostu :)



Radości Wam życzę :)

dziękuję za maile i życzenia,

skupiam się teraz na układaniu badań i dokumentów potrzebnych do operacji w według alfabetu, porządkach w pracy i domu (nawet strych prawie wysprzątałam) - tak na wszelki wypadek.

będzie dobrze



wtorek, 24 grudnia 2013

wpływ Józi na wzrost spożycia

Błyski w kocim oku i dzikie skoki upewniły nas, że będzie wesoło - Józia uznała postawione drzewko za osobisty wypasiony plac zabaw. Na nic tyrady Podlotki akcentowane karcącym palcem i akyszszszszowanie zza rogu, bombki się turlają, choinka się buja - jest zabawa.

Fochman pogrzebał w sieci i obwieścił, że odstraszają skórki cytrusów.

Więc spożywamy karnie grejpfruty/pomarańcze/mandarynki, a skórki rzucamy pod choinkę.

Działa, ale na krótko. Ileż można zjeść cytrusów?!


poniedziałek, 23 grudnia 2013

jadowita sentymentalna

poproszona zostałam na korytarz

wyszłam, powiedziałam "dzień dobry"

nie poznałam człowieka

zmęczonego, smutnego, zgarbionego, w przerażający sposób starego

porozmawialiśmy chwilę

przez ułamek sekundy zobaczyłam to wszystko, czego on nigdy nie zobaczy

jak dzieci kitłaszą się na łóżku z Bigdogiem,

jak Podlotka w skupieniu zdobi ciastka czekoladą, pożerając skrycie co drugie (i ON nie może udawać, że nic nie widzi),

jak Podlotka ostrożnie wydłubuje Józię spomiędzy gałązek choinki, prawiąc jej umoralniające kazania,

jak przebiera pościel z Wielkim Bratem i w rezultacie biegają po ogrodzie ubrani w poszwy pohukując jak duchy,

jak nadziewa czub na choinkę - dwa lata temu jeszcze na ramionach Wielkiego Brata, w tym roku sama, lekko wspinając się na palce, ubrana w zieloną piżamę i długaśną czapkę Świętego Mikołaja z pomponem obijającym się o łydki

i setki innych chwil, które zostawił, odchodząc od nas.

Nie pojmuję, czemu nie próbuje tego zmienić, bo wciąż pamiętam, jak płakał, gdy urodziły się dzieci i jakim był kiedyś fajnym tatą
Czemu, mieszkając od miesiąca tak blisko, ani razu nie próbował się zobaczyć z córką.

Mimo wszystko - Wesołych Świąt, ex-mężu... Życzę Ci, aby dzieci mogły być z Ciebie dumne i z radością się z Tobą spotykały. Dobrej pracy również :)








czwartek, 19 grudnia 2013

termin mam!!!


jakby było mało gonitwy, odkładania wszystkich przyjemności na potempoświętachponowymroku

6 stycznia (jako jedna królowa chyba?) zawitam do podwarszawskich Kajetan celem poddania się dziurawieniu głowy (?) i naprawianiu ucha prawego.

Więc biegam za pozostałymi badaniami, usiłuję ogarnąć Święta, i nie zwariować w pracy.

PO OPERACJI - na chorobowym - nadrobię zaległości w czytaniu blogów, komentowaniu, graniu w literki, rozwiązywaniu krzyżówek, będę gotować pełnowartościowe posiłki i spożywać warzywa, obejrzę setkę nagranych filmów i dokończę prasowanie :D

Co oczywiście jest gigantycznym kłamstwem, albowiem, o ile tylko będę w stanie, to będę oglądać w nocy Australian Open NA ŻYWO, a w dzień odsypiać :)

wtorek, 17 grudnia 2013

hej, góry, góry

były, a jakże.

Z dołu podziwiane, bo jadowita buty ma świetne, ale nie na śnieg :)

poza tym, błyskawicznie przeistaczałyśmy się z Podlotką ze zwierząt luksusowych, macających buty za tysiaka i torebki za tysiaki dwa na krupówkach (popijając zimową latte z coffe heaven) w zwierzęta górskie - i odwrotnie - i te kontrasty chyba najbardziej lubię w Zakopanem.

że można w centrum miasta ujrzeć tańczących grupowo Węgrów, a sto metrów dalej wdzięcznie pozujące na zboczu sarny, niestety wysiadł nam wypasiony aparat i została tylko kiepska komórka, ale sarny są trzy


że można, jak Podlotka, stać się posiadaczką całkiem niedrogich kudłatych butów i dostać ataku śmiechu pod Willą pod Jedlami, w trakcie zaimprowizowanego wykładu o Witkacym, bo owych butów wystraszył się mały jamnikopodobny pies na wąskim chodniczku.

że można wieczorem wracać doliną w asyście księżyca, który jakby uparł się nam zrobić pokaz księżycowych widoczków, a potem popływać w termalnym basenie z parującą na mrozie głową w towarzystwie męskiej kadry niewiadomo czego, prężącej mięśnie grzbietu i nie tylko
schronisko na hali Ornak - puściutkie :)

 gościł nas, już trzeci raz, pensjonat Antałówka, z nielimitowanym wstępem do Aquaparku w cenie :)

ps:
zwierzaki spędziły weekend u rodziców Fochmana, którzy strasznie ich rozpuścili. Bigdog wcale nie chciał wracać do domu, a siłą wepchnięty do auta strzelił focha i nie chciał wysiąść :D

ps2:
Fochman na szlakach zyskał szlachetne miano Kapitan Snuja. Mam wrażenie, że regularne ćwiczenia interwałowe naprawdę poprawiają kondycję. Ale na brzuch to chyba tylko dieta :(

ps3:
a to wspomnienie z mojego sędziowania - rano drugiego turnieju dnia otworzyłam laptop i zdrętwiałam...

Przygotowania do Świąt czas zacząć :)



wtorek, 10 grudnia 2013

jestem jak księżyc w teatrzyku Gałczyńskiego.

Robię swoje.

Chociaż, jak się tak dobrze zastanowić, to robię dużo więcej, niż "swoje"
W pracy jakiś gigantyczny pomór, ciąże i złamania, na dodatek sezon urlopowy w pełni. Nie wiem, w co ręce włożyć i staram się zachować spokój.

i robić swoje :)

A, pierwszy turniej - oficjalny, zapłacony - za mną! Żyję i nie było tak źle :)

Sędziowałam dorosłych facetów, a numerki zrobiłam sobie bardziej pod dzieci (takich turniejów jest więcej) - z Myszką Miki na odwrocie. Panowie mieli bezcenne miny przy losowaniu :D

muszę się ogarnąć czasowo. święta tuż-tuż, w domu brudno, potraw świątecznych brak, a przed nami perspektywa weekendu w Zakopanem...

jakoś będzie.

wtorek, 3 grudnia 2013

jadowita z koniem

Czy mieliście okazję widzieć pędzącą przez miasto powiatowe babę w rozwianym płaszczu i z koniem pod pachą? 

Baba ta poruszała się dziwacznie, szeroko i ostrożnie stawiając nogi, co dwa kroki wykrzywiała twarz i posykiwała,  i bynajmniej nie był to skutek dziesięciogodzinnego tantrycznego seksu (czego baba serdecznie żałuje). 

Po prostu baba ta, zdradzając objawy postępującego szaleństwa, odbyła w wieku lat czterdziestu (i trochę) pierwszą jazdę konną, na koniu, który nie był koniem na biegunach, a który to przedmiot był taszczony celem sprzedaży i podreperowania domowego budżetu.Transakcja się udała, baba, będąca, jak się zapewne domyślacie, jadowitą, posapując wróciła do domu i z jękiem zwaliła się na łóżko, złorzecząc koniowi i własnej progeniturze, która do tejże jazdy ją skłoniła. 

Jako sukces należy odnotować, iż na konia jadowita wsiadła sama. Z ziemi. I nie był to kuc szetlandzki. 

Jako porażkę - w tzw. kłusie brzuch jadowitej podskakiwał bardziej od biustu. 

:)