poniedziałek, 3 marca 2014

jawnik

jadowitą ujrzeć w sobotnie popołudnie, zasmarkaną i kaszlącą, z mocno zredukowanym i sterczącym na wszystkie strony włosem, popylającą z grabiami i taczkami po kortach oznacza...

że rychło spełnią się marzenia o grze na wolnym powietrzu, idzie wiosna, zielenią się drzewa, a koty będą radośnie drzeć japy.


a, że jadowita obiecała ojcu swemu, że dłubać na kortach pomoże, to swój tyłek pokaźny przywlekła, choć baardzo wolała leżeć w łóżku i popijać nalewkę z malin. Jadowita zakatarzona jest wybitnie niefajna. Kwęka, jęczy, kicha donośnie przez pół nocy, smarka przez drugie pół i ma dziwne zachcianki żywieniowe, rujnujące wszystkie zasady dotyczące wdrażania zasad, w zasadzie.

Orzeszki o 22? czemu nie?

Poza tym, był tłusty czwartek,  więc sami rozumiecie, że ten tydzień należy uznać za stracony. Pod wieloma względami.

Wracam do łóżka.

czwartek, 27 lutego 2014

nieporozumienie

końcówka wizyty u Pana Męczyciało

co miało chrupnąć, chrupnęło, co miało wskoczyć na swoje miejsce, wskoczyło. kark jadowitej ma wielkie szanse przestać skrzypieć jak cmentarna brama

jadowita leży rozluźniona, Męczyciało robi COŚ tajemniczego i baaardzo przyjemnego z tyłu szyi. Świat jadowitej kołysze się w delikatnym rytmie relaksującej muzyki. Jadowita czuje ciepłe i gładkie dłonie Męczyciała na ramionach

- przyjemnie, prawda?- pyta Męczyciało, jakoś tak... nieprofesjonalnie, albo tylko tak się zdaje jadowitej?
w każdym bądź razie, jadowita potakuje niewyraźnie nie otwierając oczu.

- bo wie Pani, udrożnienie przepływu płynów mózgowo rdzeniowych i dopływu krwi do mózgu pomiędzy kręgami C1 coś tam C2 powoduje...

hmm

chyba jednak myśleliśmy o czymś innym.

poniedziałek, 24 lutego 2014

czyjestpaniosobąposiadającązaświadczenielekarskie...

...że nie musi pani korzystać z pasów bezpieczeństwa?

takie oto miłe słowa usłyszała jadowita w poniedziałkowy mglisty poranek pędząc do pracy. Przy czym Podlotka radośnie uśmiechnięta poinformowała niepytana, że ONA ZAWSZE ZAPINA, co pan policjant docenił i pochwalił.

A jadowitą nie dającą dziecku przykładu ukarał mandatem tudzież punktami.

dobrze, że nie zauważył nieaktualnego adresu na prawku :)

jeszcze lepiej, że dmuchnięcie nie wykazało dwudniowego imprezowania, wszak jadowita weseliła się na weselu - skromnym liczbowo wprawdzie, ale za to międzynarodowym

albowiem wujek jadowitej - czy stryjek? - postanowił się w dojrzałym stosunkowo będąc wieku ożenić - notabene powodując tym czynem rozłam w rodzinie - i skoligacił jadowitą z Rosjanami. Całkiem sympatycznymi  zresztą.

W weselu na znak protestu nie wzięła udziału mać rodzona jadowitej, która, zawiązawszy koalicję z ciotkami (które z kolei mają  za złe pannie młodej wschodnie pochodzenie), uznała czyn śfagra za szaleństwo wieku starczego, a w pijanym widzie stwierdziła, że wujkowa forsa należy się rodzinie, a konkretnie chrześnicy ukochanej (?) czyli jadowitej właśnie.

Domniemywam, że miała na myśli jakiś spadek, przy czym moja matka, myśląca procentowo, nie bierze pod uwagę, że po pierwsze potencjalny spadkodawca na drugi świat się nie wybiera, po drugie jego upiornie zdrowy tryb życia i odżywiania sprawia, że przeżyje nie tylko zawistną szwagierkę, której niedługo zapewne wysiądzie wątroba, ale jadowitą prawdopodobnie też; po trzecie posiada syna, a po czwarte wreszcie, co ją to obchodzi?

dodatkowo mam wrażenie, że ciotki są zwyczajnie zazdrosne, albowiem panna młoda, choć babcia, znakomicie się trzyma, uprawia fitnesy i jeździ z wujem na rowerze po 40 km dziennie.

Przypuszczam, że jeśli moi rodzice kiedykolwiek założą sobie internet, to matka będzie hejterem. Prawdziwym, plującym jadem i zawiścią, klasycznym hejterem, który ma wszystko wszystkim za złe.

W każdym bądź razie, na weselu tańczyłam z ojcem, któremu także zwisa, co wujek robi ze swoją własną kasą, i teraz matka się do nas nie odzywa.

I co się tu dziwić, że łikend przeleciał jak TGV?

środa, 19 lutego 2014

sweet dreams...

rano czasem sobie leżę

starannie ignorując dzikie zamachy Józi na moją nietykalność cielesną (tylko udawała na początku pobytu taką grzeczną i przytulską kotkę, teraz wychodzi z niej istny koci szatan)

a w myślach słyszę muzykę


i widzę

jadowitą w powłóczystej popielatej jedwabnej kiecce, we wdzięcznym tanecznym kroku tudzież obrocie, na szczycie nowojorskiego wieżowca wieczorową porą, omdlewającą we właściwych momentach w ramionach... hm, no nie wiem? Niech będzie Marcin Dorociński :D

brutalny skok Józi na głowę studzi umysł

kobiety tańczące na dachach nowojorskich wieżowców wieczorową porą nie mają włosów ostrzyżonych jak dziecko po tyfusie w latach 40-tych
ani wystającego brzucha
a jeśli chodzi o taniec jadowitej, to rzecz  wymaga osobnego posta

pora wstawać.




krok 3 - szybciutko

bo zapomniałam, a tu minął już ponad tydzień !

postanowienia :


1/ nie wpycham nic do jamy ustnej po 20:00

2/ każdego wieczoru używam odżywki do rzęs :) 

piątek, 14 lutego 2014

stopniowanie trudności

Trudno jest kupić pralkę - za duży wybór, za małe środki.

Trudniej namówić opornego Fochmana, żeby wymienił zaworek doprowadzający wodę i zamontował całość, bo wzywanie fachowca na zadupie kosztuje i trwa. Musiałam mu wsiąść na ambicję i skłamać, że do tej czynności jest kolejka chętnych POLSKICH HYDRAULIKÓW,


w dodatku za zapłatę w naturze (pominęłam dyskretnie, że po prostu zadzwoniłam do Taty :)); jeszcze i tak nie wiadomo, co wyjdzie z tego majsterkowania ... (okaże się późnym popołudniem, a Tata w razie porażki czeka w gotowości z kluczami i konopiami, cokolwiek by to nie znaczyło)

Najtrudniej jest wtłoczyć przytomnego i całkiem ruchliwego kota w kubraczek ochronny, który został zdjęty do wyprania. Zdaje się, że okaże się to NIEMOŻLIWE.

Tak czy owak, mam nadzieję spędzić łikend obwieszając świeżutkim i pachnącym praniem okoliczne płoty.


czwartek, 13 lutego 2014

aż się biegać chce :)



jakież trzeba mieć potężne JAJA, żeby ze złamaną stopą popylać 10 km i jeszcze pokazać rywalkom pośladki

szacun, Justyna :)

oby więcej tras biegowych u nas, bo krucho z tym

środa, 12 lutego 2014

ofiara niedosłuchu (cudzego) i terroru (kociego) - oto ja

poprosiłam o przycięcie końcówek, grzywki i skrócenie tyłu. Zostałam poproszona o zdjęcie okularów i oddałam się typowej w tym miejscu dyskusji o pogodzie.

Po włożeniu okularów ujrzałam coś... czego nie potrafię nawet opisać. Cóż, w grzywce pod garnek jest mi WYJĄTKOWO NIE DO TWARZY.

uch.

grzywkę dało się przystrzępić.
a włosy odrastają, na szczęście.

Józia, po zabiegu, w gustownym czerwonym kubraczku terroryzuje domostwo. Zajęła wczoraj łóżko Podlotki, drąc japę przy każdej próbie położenia się doń prawowitej właścicielki. Podlotka zatem spała z nami. W nocy terrorystka uznała, że u nas cieplej i ułożyła się w zagłębieniu mojej pachy, protestując gwałtownie za każdym razem, gdy próbowałam zmienić pozycję. Skutkiem tego jest wykręcone ramię, okropne sny o ukrywaniu się w szafie przed faszystami (czytam aktualnie książkę M. Edelmana)  i ogólne rozbicie, pogorszone jeszcze po spojrzeniu w lustro i ujrzeniu rozczochranych rozpaczliwie krótkich kosmyków.

Oby do wiosny...

poniedziałek, 10 lutego 2014

niedługo dzień kobiet, więc

dostałam pocztą takie oto okolicznościowe coś :)

JA, KOBIETA
Nie czytam żadnych instrukcji.
Wciskam guziki, aż zadziała.
Nie potrzebuję alkoholu, żeby narobić sobie obciachu.
I bez alkoholu daję radę.
Nie jestem rozkapryszona, tylko "emocjonalnie elastyczna"!
Najpiękniejsze słowa świata:
"Idę na zakupy"
Nie mam żadnych dziwactw!
To są "special effects"!
Kobiety powinny wyglądać jak kobiety, a nie wytapetowane kości!
Przebaczyć i zapomnieć?
Ani nie jestem Jezusem, ani nie mam Alzheimera!
My kobiety jesteśmy aniołami, a gdy się nam podetnie skrzydła,
lecimy dalej - na miotle!
To nie jest żaden tłuszcz!
To "erotyczna powierzchnia użytkowa"!
Gdy Bóg stworzył mężczyznę, obiecał,
że idealnego faceta będzie można spotkać na każdym rogu.
...a potem uczynił ziemię okrągłą ?
Na moim nagrobku niech będzie napis:
"Co się głupio gapisz? Też bym wolała leżeć teraz na plaży!"
 Tak tak...my kobiety jesteśmy bowiem jedyne w swoim rodzaju...


Prześlij tę wiadomość do fajnych dziewczyn, a wtedy.... jak zwykle...nic się nie wydarzy,
ale przynajmniej je rozśmieszysz:-)))

Najbardziej podoba mi się napis na nagrobku. I elastyczność emocjonalna. Bardzo się przydaje.

Ostatnio jestem w stanie rozmawiać i myśleć tylko o pralkach  -  zajmuje mnie wybór modelu, rozpatrywanie rozmaitych prawdopodobnie kompletnie nieprzydatnych funkcji, manewrowanie między chęcią a możliwościami...Jak kupię, to się uspokoję. W planach mam kolejne kroki - ograniczenie lub zrezygnowanie z jedzenia po 19, pokochanie buraczka, stopniowe zmniejszanie kaloryczności posiłków, a także regularną depilację nóg... :) Na razie idzie mi nieźle. Okazało się, że mogę poczuć głód przed obiadem. Czyli, są postępy. Jutro jedziemy z Józią do weterynarza. Biega coraz częściej na zewnątrz - wszak wiosnę czuć w powietrzu, a kociorób od sąsiadów zbyt często tu zagląda; po ostatnich doświadczeniach z kociętami stanowczo jestem przeciw kocim ciążom. Nawet, jeśli jej efekty były słodkie.

czwartek, 6 lutego 2014

krok 2 - nauka dobrych nawyków



zdjęcie z szafa.pl

żeby było niestandardowo, na pierwszy tydzień wyznaczam sobie następujące cele:

1/ co najmniej 2 x dziennie używać błyszczyka do ust,

2/ od chwili powrotu do domu z pracy, do czasu przyrządzenia w domu obiadu,
   NIC NIE JEŚĆ

punkt 1 wydaje się Wam bez sensu?
otóż, niekoniecznie.

nie lubię zbytnio zastanawiać się nad sobą, analizować fatalnych wyborów 
dokonanych w przeszłości, grzebać w ranach i generalnie doświadczać bólu istnienia 
oraz dylematów moralnych.

Jest, jak jest. Będzie lepiej. No chyba, że nie :)

a ponieważ moje podjadanie ma zdecydowanie podłoże psychologiczne (brr), więc postanowienie używania błyszczyka, który kupiłam sobie skuszona jego urodą zewnętrzną, a o którym ciągle zapominam, odwróci uwagę od jedzenia.

Czas pokaże :)

Poza tym, utrzymuję moje dotychczasowe dobre nawyki - picie dużej ilości płynów (dzięki, panie Męczyciało!) i ćwiczenia, co najmniej co drugi dzień. 


środa, 5 lutego 2014

pa,pa, ciepłe kraje

Podlotka zdecydowała się na aparat na zęby.
Pralka zdecydowała się definitywnie i nieodwołalnie paść z przemęczenia.

Ja zatem muszę się pożegnać z egzotycznymi wakacjami...

buu.

Ale, miejsca na spływ kajakowy już zarezerwowane :)
I Jura zapewne mnie przyjmie serdecznie, jak co roku.

Maroko wszak nie ucieknie :D

krok 1 - spowiedź. I już siebie nie lubię.

Przyznaję, że jestem bezradna wobec jedzenia i jedzenie kieruje moim życiem.

Tak, jestem.

Sytuacja najbardziej typowa - wracam do domu, przygotowuję obiad - przeważnie wymagający jedynie podgrzania, lub niewielkich nakładów czasowych - i do czasu wyłożenia porcji na talerz pochłaniam taką ilość rozmaitych rzeczy "po drodze", że do posiłku siadam właściwie syta. Ale zjadam posiłek, po czym sprzątając/czytając/szyjąc/robiąc cokolwiek innego również podjadam - cukierki, czekoladę, wafla ryżowego, herbatniki, owoce, rodzynki, plasterek sera z lodówki - co mi się tam napatoczy. Robię to prawie bezwiednie. Kładę się spać z pękatym brzuchem, czuję się źle podczas ćwiczeń, bo jestem zwyczajnie przeżarta.


Nie chcę mieć domu sterylnego bez jakichkolwiek słodyczy czy innych spożywczych pokus - chcę zapanować nad odruchem sięgania po cokolwiek do żarcia!!

a zatem wróg nazwany - to brak przerw między posiłkami i pożeranie olbrzymiej ilości przekąsek.
Praktycznie nie bywam głodna.

tutaj jest całkiem ładnie opisane, co mniej-więcej zamierzam :) - klik

nie podoba mi się taka wszystko-i-wszędzie-żerna jadowita. Trzeba coś z nią zrobić.


poniedziałek, 3 lutego 2014

12 kroków

nie byłam ostatnio zbyt sumienna, jeśli chodzi o notowanie zdarzeń
a tyle rzeczy miłych się zdarzyło
i wygrana Łukasza Kubota i wygrana Stena W., o którym już pisałam kiedyś :)

i niemiłych też - powrót to pracy w burzowej atmosferze, zepsuty robot kuchenny i - padnięta pralka :(

czasu miałam jednak całe mnóstwo

wszak i chorobowe było, i kilka dni urlopu na ferie (spędzone niestety w domu, po Podlotka się rozkaszlawszy i rozsmarkawszy)

miałam nadrabiać blogowe zaległości, ale - nie wyszło
ale kilka sezonów Gotowych na wszystko zaliczone :)

wolne mi przeleciało na nocnych posiedzeniach przed TV, ale Australian Open to już historia

Przymusowa nieruchawość pooperacyjna i duża ilość czasu na robienie ulubionego żarcia niestety mają swoje wyraźne skutki w okolicach, które niegdyś były moją talią (jakby nie mogło pójść w biust, albo chociaż w pośladki...)

Ja, żarłok pospolity, zastanawiam się nad dietą (bo do ćwiczeń już powoli wracam i nie trzeba mnie specjalnie namawiać)

Chciałabym stworzyć listę dobrych nawyków i powoli ją wdrażać - coś jak metoda 12 kroków. Zastanowić się co mi sprawia największy problem, i stopniowo eliminować błędy. Bo wiem, że przejście z dnia na dzień na choćby najbardziej niegłodową dietę na świecie u mnie - nie przejdzie. Poza tym, przygotowywanie dla siebie samej 100 gram czegośtam skrupulatnie wymierzonego i upieczonego na grillu, i dodatkowo posiłków dla reszty rodziny? jestem na to zbyt leniwa.

praca nad sobą jest bardzo ciężka :)

środa, 29 stycznia 2014

pomiędzy breją a glutem, czyli historia porażki

Wiem, że istnieje inny stan skupienia ugotowanej kaszy, niż glut lub bezkształtna breja. Wiem, bo na szkolnej stołówce dzieci ją jedzą i uwielbiają. To znaczy, starsze już nie je (na szkolnej stołówce), ale młodsze owszem.

a mnie nie wychodzi ta kasza, któryś raz z kolei

brr

fuj

błee

piątek, 24 stycznia 2014

takie rzeczy to tylko na chorobowym


Na początku była spódnica, wypatrzona oczywiście na ciuchach. Gdy już przestałam sobie wyobrażać
kobietę ubraną w TAKĄ spódnicę, postanowiłam coś z niej zrobić :)



Kombinuję, składam, fastryguję a nawet sklejam. Dziewczyny, które mają pojęcie o szyciu,
proszone są o zasłonięcie oczu :)

W przerwach między szyciem uczyniłyśmy z Podlotką ziemniaczane piramidki

i deser a'la tiramisu, niestety lepiej wyglądał niż smakował



obiadek, w roli głównej łosoś,
w roli tła optymistyczna cerata w krowy wybrana oczywiście przez Podlotkę

Efekt końcowy, "worek z galot" jak to ładnie określił szewc zszywający problematyczne grube miejsca

wtorek, 21 stycznia 2014

płaszcz i zdrada

najlepszym dowodem na przyjście zimy jest zstąpienie ze strychu mojego zimowego płaszcza. Właściwie, powinnam napisać PŁASZCZA.

jest cieplutki, noszę go już chyba 9 lat i wyglądam w nim jak własna ciotka, niemniej jednak...

Każdego roku nadchodzi taki dzień, że wracam do domu przewiana na wskroś, z zimnym nosem, i wiem, że pora na PŁASZCZ. I, gdy następnego dnia mogę wyjść śmiało na najcięższe mrozy, nigdzie mi nie wieje i nie pada, to na duszy też mi się robi jakoś cieplej. Naprawiałam ostatnio oberwaną od nadmiaru upychanych niezbyt delikatnie kluczy kieszeń, oraz dziurkę po zagubionym fragmencie zapięcia

i pomyślałam, że już chyba pora na coś nowego. Wyprzedaże przecież są.

Kupiłam zatem puchowy płaszczyk.

Wróciłam do domu, powiesiłam nabytek w szafie (uprzednio obejrzawszy się w kilku lustrach), wyciągnęłam z niej dotychczas noszony i...

Żal mi się GO zrobiło, jakbym zdradziła przyjaciela :)

wyprałam, wysuszyłam - nota bene w okolicznościach pięknej styczniowej pogody - i obmyślam sposoby rewitalizacji staruszka.

Mam przeczucie, że ten nowy nie będzie tak ciepły, poza tym jest jasny i może będzie potrzebował zastępstwa?

poniedziałek, 13 stycznia 2014

ciszej, proszę :)

oswajam się z nowym światem.

wszędzie hałas, czy Wy, ludzie normalnie słyszący, o tym wiecie???

pościel szeleści
przewracana kartka książki brzmi jak łopotanie arkusza formatu A1
auta ryczą - słyszę je nawet w domu!
w kiblu niagara
talerze wydają brzdęki nieznośne
Józia tupie
Podlotka piszczy
a Bigdog z Fochmanem chrapią w nocy i głośno piją

jedyny przyjemny nowy dźwięk, który usłyszałam to kocie mruczenie
wymiata - brzmi jak traktor

piątek, 10 stycznia 2014

dźwiękowe koszmarki

wczorajszy dzień był koszmarny

cały

od rana

czy ktoś kiedyś słyszał głośno włączony mikrofon, o pocierany swetrem??

TO właśnie słyszałam - od rana, non stop

byłam bliska wydłubania sobie ucha środkowego widelcem



pod wieczór ucichło

to była chyba jakaś wiadomość od kosmitów


no i zamykają bibliotekę publiczną. Do listopada.

Nie wiem, czy to można uznać za dobry początek roku.

Mam za karę, że pojechałam na fajerwerki i szampana wśród ludzi, zamiast jak zwykle przywitać Nowy Rok w łóżku, co jak dotąd znakomicie się sprawdzało.


doceńcie ciszę

jestem, żyję, mam się dobrze :)

dziękuję, że myślałyście o mnie i czekałyście, to bardzo miłe.

sam pobyt - szybko, krótko, szpital prawie jak pensjonat, choć trochę jakby... taśmowo to wszystko szło. Najgorsze czekanie - operacje trwały od 8 do 22, zawołali mnie dopiero o 7, więc cały dzień na głodno, tylko pod kroplówką. Ale w miarę, gdy Panie wracały z operacji na własnych nogach z małymi plasterkami, nabierałam przeświadczenia, że wszystko będzie ok.

No i w sumie, było. Ból jest niewielki, zawroty głowy rzadkie, byłoby fajnie, gdyby...

zawsze jakieś ale jest.

Z moją wadą słuchu wiąże się nieciekawa przypadłość, tak zwane szumy uszne. Przy czym szumy, to określenie dość ogólne - są dzwonki, trzeszczenia, i inne takie. Niektóre jednostajne, niektóre okresowe, pojawiające się znienacka albo trwające bez przerwy.
Od kilku miesięcy bardzo nasilił mi się szum - jednostajny, dość głośny, w lewym uchu. Operację miałam orientowaną bardziej na ucho prawe, ze względu na to pogorszenie w ostatniej chwili - już na sali operacyjnej - zdecydowałam się na lewe.

Niestety, po obudzeniu się - szumi dalej.

Głośno, wyraźnie, jakbym gdzieś miała za ścianą włączony odkurzacz albo głośną suszarkę.

Jestem rozczarowana i zawiedziona. Wiem, że nie była to usługa gwarantowana, że równie dobrze mogło się pogorszyć, zawsze jest ryzyko, że nic się nie uda.



więc, powiadam Wam ja, jadowita - posłuchajcie  C I S Z Y



jestem pewna, że jest niesamowita. Ja nigdy jej nie usłyszę.

piątek, 3 stycznia 2014

przedpanicznie

powoli zaczyna zżerać mnie panika. A co robi jadowita, kiedy się denerwuje?

je
pochłania
pożera
opycha się
i tak dalej

coż.

Ratujemy sie z Podlotką - to znaczy ja się ratuję, wciągając przy okazji dziecię niewinne w serialowe meandry - oglądając od początku Gotowe na wszystko. Kończymy pierwszy sezon, omówiłyśmy  przy okazji tak interesujące pojęcia jak ejakulacja, rozstrząsnęłyśmy kwestię pierwszego stosunku - ewentualnego, ma się rozumieć, oraz moralne dylematy zdradzonych i zdradzających. Cudze poćwiartowane lub zakopywane pod ziemią ciała działają na mnie odprężająco.

W przerwach pomiędzy odcinkami rozstrzygam kwestie typu dres czy piżama, polar czy potwornie wielki szlafrok, oraz co będzie jeśli...

Doszłam do wniosku, że nie boję się ewentualnej głuchoty. Wolałabym natomiast wybudzić się z narkozy oraz zachować zęby - to ostatnie spędza mi sen z powiek odkąd wyczytałam, że utrata lub zniszczenie zębów jest, że tak powiem, wliczone w ryzyko zabiegu. Muszę koniecznie poinformować lekarza dokonującego operacji, że za moje koronki dałam kilka tysięcy złotych po ponadrocznym oszczędzaniu  i chciałabym je zachować. W niezmienionym stanie.

w międzyczasie wyszło na jaw, że Podlotka najzupełniej świadomie zlekceważyła konieczność przeczytania lektury. Bo się jej nie podoba. Poinformowała mnie spokojnie, że w czasie przewidzianym na lekturę czytała inne książki.

Quo vadis, Podlotko?!

Jestem złą matką. Ale, ponieważ istnieje spora szansa, że jednak się wybudzę z tej narkozy, zamierzam nad tym popracować :)