skupiam się teraz na układaniu badań i dokumentów potrzebnych do operacji w według alfabetu, porządkach w pracy i domu (nawet strych prawie wysprzątałam) - tak na wszelki wypadek.
Błyski w kocim oku i dzikie skoki upewniły nas, że będzie wesoło - Józia uznała postawione drzewko za osobisty wypasiony plac zabaw. Na nic tyrady Podlotki akcentowane karcącym palcem i akyszszszszowanie zza rogu, bombki się turlają, choinka się buja - jest zabawa.
Fochman pogrzebał w sieci i obwieścił, że odstraszają skórki cytrusów.
Więc spożywamy karnie grejpfruty/pomarańcze/mandarynki, a skórki rzucamy pod choinkę.
Działa, ale na krótko. Ileż można zjeść cytrusów?!
poproszona zostałam na korytarz wyszłam, powiedziałam "dzień dobry" nie poznałam człowieka zmęczonego, smutnego, zgarbionego, w przerażający sposób starego porozmawialiśmy chwilę przez ułamek sekundy zobaczyłam to wszystko, czego on nigdy nie zobaczy jak dzieci kitłaszą się na łóżku z Bigdogiem, jak Podlotka w skupieniu zdobi ciastka czekoladą, pożerając skrycie co drugie (i ON nie może udawać, że nic nie widzi), jak Podlotka ostrożnie wydłubuje Józię spomiędzy gałązek choinki, prawiąc jej umoralniające kazania, jak przebiera pościel z Wielkim Bratem i w rezultacie biegają po ogrodzie ubrani w poszwy pohukując jak duchy, jak nadziewa czub na choinkę - dwa lata temu jeszcze na ramionach Wielkiego Brata, w tym roku sama, lekko wspinając się na palce, ubrana w zieloną piżamę i długaśną czapkę Świętego Mikołaja z pomponem obijającym się o łydki i setki innych chwil, które zostawił, odchodząc od nas. Nie pojmuję, czemu nie próbuje tego zmienić, bo wciąż pamiętam, jak płakał, gdy urodziły się dzieci i jakim był kiedyś fajnym tatą Czemu, mieszkając od miesiąca tak blisko, ani razu nie próbował się zobaczyć z córką. Mimo wszystko - Wesołych Świąt, ex-mężu... Życzę Ci, aby dzieci mogły być z Ciebie dumne i z radością się z Tobą spotykały. Dobrej pracy również :)
jakby było mało gonitwy, odkładania wszystkich przyjemności na potempoświętachponowymroku
6 stycznia (jako jedna królowa chyba?) zawitam do podwarszawskich Kajetan celem poddania się dziurawieniu głowy (?) i naprawianiu ucha prawego.
Więc biegam za pozostałymi badaniami, usiłuję ogarnąć Święta, i nie zwariować w pracy.
PO OPERACJI - na chorobowym - nadrobię zaległości w czytaniu blogów, komentowaniu, graniu w literki, rozwiązywaniu krzyżówek, będę gotować pełnowartościowe posiłki i spożywać warzywa, obejrzę setkę nagranych filmów i dokończę prasowanie :D
Co oczywiście jest gigantycznym kłamstwem, albowiem, o ile tylko będę w stanie, to będę oglądać w nocy Australian Open NA ŻYWO, a w dzień odsypiać :)
Z dołu podziwiane, bo jadowita buty ma świetne, ale nie na śnieg :)
poza tym, błyskawicznie przeistaczałyśmy się z Podlotką ze zwierząt luksusowych, macających buty za tysiaka i torebki za tysiaki dwa na krupówkach (popijając zimową latte z coffe heaven) w zwierzęta górskie - i odwrotnie - i te kontrasty chyba najbardziej lubię w Zakopanem.
że można w centrum miasta ujrzeć tańczących grupowo Węgrów, a sto metrów dalej wdzięcznie pozujące na zboczu sarny, niestety wysiadł nam wypasiony aparat i została tylko kiepska komórka, ale sarny są trzy
że można, jak Podlotka, stać się posiadaczką całkiem niedrogich kudłatych butów i dostać ataku śmiechu pod Willą pod Jedlami, w trakcie zaimprowizowanego wykładu o Witkacym, bo owych butów wystraszył się mały jamnikopodobny pies na wąskim chodniczku.
że można wieczorem wracać doliną w asyście księżyca, który jakby uparł się nam zrobić pokaz księżycowych widoczków, a potem popływać w termalnym basenie z parującą na mrozie głową w towarzystwie męskiej kadry niewiadomo czego, prężącej mięśnie grzbietu i nie tylko
schronisko na hali Ornak - puściutkie :)
gościł nas, już trzeci raz, pensjonat Antałówka, z nielimitowanym wstępem do Aquaparku w cenie :)
ps:
zwierzaki spędziły weekend u rodziców Fochmana, którzy strasznie ich rozpuścili. Bigdog wcale nie chciał wracać do domu, a siłą wepchnięty do auta strzelił focha i nie chciał wysiąść :D
ps2:
Fochman na szlakach zyskał szlachetne miano Kapitan Snuja. Mam wrażenie, że regularne ćwiczenia interwałowe naprawdę poprawiają kondycję. Ale na brzuch to chyba tylko dieta :(
ps3:
a to wspomnienie z mojego sędziowania - rano drugiego turnieju dnia otworzyłam laptop i zdrętwiałam...
Chociaż, jak się tak dobrze zastanowić, to robię dużo więcej, niż "swoje"
W pracy jakiś gigantyczny pomór, ciąże i złamania, na dodatek sezon urlopowy w pełni. Nie wiem, w co ręce włożyć i staram się zachować spokój.
i robić swoje :)
A, pierwszy turniej - oficjalny, zapłacony - za mną! Żyję i nie było tak źle :)
Sędziowałam dorosłych facetów, a numerki zrobiłam sobie bardziej pod dzieci (takich turniejów jest więcej) - z Myszką Miki na odwrocie. Panowie mieli bezcenne miny przy losowaniu :D
muszę się ogarnąć czasowo. święta tuż-tuż, w domu brudno, potraw świątecznych brak, a przed nami perspektywa weekendu w Zakopanem...
Czy mieliście okazję widzieć pędzącą przez miasto powiatowe babę w rozwianym płaszczu i z koniem pod pachą?
Baba ta poruszała się dziwacznie, szeroko i ostrożnie stawiając nogi, co dwa kroki wykrzywiała twarz i posykiwała, i bynajmniej nie był to skutek dziesięciogodzinnego tantrycznego seksu (czego baba serdecznie żałuje).
Po prostu baba ta, zdradzając objawy postępującego szaleństwa, odbyła w wieku lat czterdziestu (i trochę) pierwszą jazdę konną, na koniu, który nie był koniem na biegunach, a który to przedmiot był taszczony celem sprzedaży i podreperowania domowego budżetu.Transakcja się udała, baba, będąca, jak się zapewne domyślacie, jadowitą, posapując wróciła do domu i z jękiem zwaliła się na łóżko, złorzecząc koniowi i własnej progeniturze, która do tejże jazdy ją skłoniła.
Jako sukces należy odnotować, iż na konia jadowita wsiadła sama. Z ziemi. I nie był to kuc szetlandzki.
Jako porażkę - w tzw. kłusie brzuch jadowitej podskakiwał bardziej od biustu.
Podlotkę czkawka męczyła cały dzień. Hałaśliwa, donośna, spadająca znienacka... A tu balety wieczorem!
Siadamy w tym wymarzonym pierwszym rzędzie, ja w strachu, bo najpewniej z czkawką przyjdzie głupawka i obie będziemy chichotać jak kretynki i ...
...pokazali się faceci w rajtuzach.
Podlotce opadła szczęka i czkawka przeszła jak ręką odjął.
Na szczęście szybko dała się porwać mniej prozaicznym wrażeniom. A lekcja - dokładna, zapewniam - męskiej anatomii może się przydać kiedyś na biologii :)
siedzimy, biurwy z powołania lub przypadku, stukamy w klawiaturki, radio szemrze leci piosenka - a, to ten śpiewa, ten co powiedział o swojej żonie, że jest fretką - odzywa się znienacka A.
- nie, on właśnie powiedział, że NIE JEST fretką - sprostowała z naciskiem O.- to znaczy, nie fretką tylko tym, no...
- norką? - podpowiadam usłużnie
- ...surykatką!
- ale dlaczego nie jest? - dopytuje się M., najstarsza i najmniej zorientowana w zawiłościach uczuciowych aktualnych gwiazd ekranu
- bo mu dzieci rodziła. Dwa razy - błysnęła wiedzą O.
- i tak jej wymyśla? I to publicznie? nieładnie, powinien okazać więcej szacunku - M. kręci głową z niesmakiem.
- Z egzotycznych zwierząt, to chciałabym taką kolorową papugę - wtrąca się znienacka S.dotąd przewracająca w skupieniu jakieś pożółkłe papierzyska - albo gekona, bo zjada komary. Ale najlepszy i tak jest pies. I z tym się wszystkie zgadzamy.
i włączam muzę na full, na przykład ostatnio taką*:
to dzieją się rzeczy ciekawe.
Bigdog, nauczony doświadczeniem, szuka spokojnego kąta z dala od miotły, i z wielkim wyczuciem przenosi się tam, gdzie nawiedzona (chwilowo!) Pani zdążyła już posprzątać. Gdy wyczuje, że obiegłam już wszystkie pomieszczenia, wyłazi i rozwala się na środku pokoju lub przejściu, jak to ma w zwyczaju. Ostatnio łypie ze zgorszeniem spod oka - albowiem dla Józi sprzątanie to impra. Skacze na miotłę, wozi się na mopie, wpada z rozpędu w zebraną i zostawioną na chwilkę kupkę śmieci, rozrzucając ją po całym pomieszczeniu, baaaaardzo lubi wpadać w poślizg na świeżo umytej podłodze, lekceważąc powagę sytuacji oraz potępiające spojrzenia Bigdoga.
Chyba za rzadko mam wenę do sprzątania.
*plik, który zamieściłam z Youtube, jest niestety ucięty przy końcu, nie znalazłam lepszego. Ale piosenka mimo wszystko przednia :)
trzeba z tym skończyć.
pieczenie chleba z chrupiącą skórką i ziarnami okazało się proste.
okazuje się też niestety zgubne w skutkach - spędzanie wieczoru na mieszaniu ciasta, napełnianiu foremek, wyciąganiu chleba z piekarnika, wąchaniu go, po czym opychaniu się gorącymi kromkami weszło nam w nałóg.
a skutki (poza poparzonymi palcami) łatwo przewidzieć.
tymczasem, ćwicząc sobie prawie co wieczór, lub biegając w niedzielny poranek, wyrobiłam sobie nawet coś w rodzaju mięśni na ramionach, które dumnie prężę przed lustrem, gdy nikt nie patrzy - nie chciałabym, żeby mi znów zanikły. Niestety, choć reszta człowieka mi wyraźnie smukleje i nabiera kształtów, brzuszysko pozostaje bez zmian - to 4-5 miesiąc półtorarocznej ciąży :)
całe szczęście, do mojej szafy wpadła pobuszować Józia i z czeluści wyciągnęła nabyty kiedyś i kompletnie zapomniany pas neoprenowy na talię właśnie. Wczoraj ćwiczyłam z Jillian Michaels i z pasem - i może to w końcu da jakieś efekty i zniweluje choć trochę moje obżarstwo?
Poza tym czeka mnie wizyta w biurze podróży. Wybieranie miejsca wyjazdu na wakacje i planowanie pobytu to wieeeelka przyjemność :)
ps
dokładam zdjęcie Józi, jak się układającej się w gorącym piecyku - ona też lubi pieczenie chleba :)
premierowym pieczeniu chleba, który udał się nad wyraz i nie został zjedzony, lecz POŻARTY w okamgnieniu z rozpuszczającym się na nim masełkiem, i muszę piec następne
książkach, z których większość, przyznam uczciwie, to płytkawe czytadła, tylko niektóre zmuszają do głębszych refleksji,
średnio udanej premierowej gęsi, którą upiekł Fochman, a z której największą radość miały zwierza,
albo jak wkręciłam Fochmana, że przywieziona ze wsi przez moich rodziców suszona stewia to trawka, którą wujek sobie pod folią posadził z polecenia lekarza na jakieś niewiadome bóle i którą zamierzam spożytkować :)
jest średnio ciekawe. Ale taka właśnie jest moja codzienność. Bez trzęsień ziemi.
Jak to gdzieś napisali - z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, a ze wzruszeń - wzruszenie ramion?
Uspokajam się dodatkowo starannym wycinaniem kółeczek - numerków do losowań w turniejach, na wypadek, gdybym dostała jakąś desygnację na sędziowanie, co się nie zdarzy, gdyż roztargniona nie wysłałam załącznika, na którym skrupulatnie naniosłam turnieje, na które się zgłaszam do pracy. Czyli się nie zgłosiłam :) Ale numerki mam piękne, niebieskie. Zrobię sobie jeszcze drugi komplet, żółty, a co.
lubię jesień. Cierpkie i cmentarne chryzantemy to moje ulubione kwiecie :) Lubię długie wieczory z ciepłym ciastem i herbatą, zaleganie na kanapie pod wspólnym z Podlotką kocem i z czymkolwiek - najbardziej, gdy za oknem wiatr i deszcz.
Pierwszy raz udało mi się rozwiązać samodzielnie krzyżówkę hetmańską w Rewii Rozrywki. Zwykle zawieszałam się w najlepszym razie w połowie, brakujące hasła podglądałam u rodziców :)
Oto nowa ja-ja-jadowita, baba z jajami, nie dziewka wszeteczna, której jeno fiuty na myśli, lecz tfardzielka, co się zowie, o myślach czystych i romansami żadnymi niezmąconych, w przyszłość jasnym wzrokiem wpatrzona; jedną ręką hantle dla zdrowotności ciała dźwiga, drugą stanikami w kominku pali, nowy swój manifest życiowy manifestując.
Faceci dla niej to bakterie, co równowagę higieniczną zaburzają, i już :)
pasuje ta Shania :)
Ale, jeśli chodzi o jaja, to Podlotka zadziwiona wielce, bo w jednym pudełku aż dwa się znalazły z dwoma żółtkami! Dziw nad dziwy. I, według Podlotki, podwójne posadzone smakowały ZUPEŁNIE INACZEJ, niż zwykłe. No, kto by pomyślał :)
I jeszcze, pochlastawszy się nowo naostrzonymi nożami i pooblepiawszy się plastrami, odkryłam, że praworęczną będąc, jaja na twardo obieram ręką lewą. Muszę popytać, jak to wygląda wśród ludzi :)
W odzyskiwaniu równowagi baaardzo pomagają czekoladowe babeczki, które piekłyśmy z Podlotką; mocno były czekoladowe, albowiem krwi na cel szlachetny upuściwszy 450ml dostałam (jak zwykle) czekoladę pośledniej jakości, jakoś spożytkować ją trzeba :)
Więc, pojadłszy tych babeczek całkiem sporą ilość, czuję się jak puszyście, czekoladowo i babeczkowo.
a jeśli już o dobrym jedzeniu mowa, to Fochman, na którego znienacka spadła zaległa gotówka, zaprosił nas (wiem, trochę to niefeministyczne) na niedzielny obiad do Czecha, i mówię Wam, kuleczki serowo czosnkowe, albo kosteczki serowe w sezamie i z miodem, to pyszności :)
tłumaczę sobie, jak sołtys krowie na miedzy, że to poniżające, nieracjonalne i głupie.
Że moje poczucie własnej wartości
NIE POWINNO
zależeć od bycia, czy raczej niebycia, pożądaną.
i co z tego.
Czuję się prymitywna i, oczywiście, bezdennie nieatrakcyjna. A ponieważ każdy znany mi facet traktuje mnie jak idealnie przeźroczystą szybę, łatwo pogrążam się w rozpaczy.
Wyżaliłam się - teraz pobiegam na korcie, posłucham głośnej muzyki, poćwiczę, opróżnię kieliszek nalewki (uwaga na dziedziczne skłonności do alkoholizmu) i nikt się nie zorientuje, że w głębi ducha po prostu... chciałabym ...
mam noce pełne fantastycznych i nader realistycznych snów pływam w rafie koralowej gram w tenisa ze Svietłaną Kuzniecową a Męczyciało okazuje nieprofesjonalne oblicze na swojej profesjonalnej kozetce... bujam się w tych snach, a rzeczywistość o poranku zgrzyta Robota dodatkowa przeszła koło nosa, więc rafy oddalają się na drugą półkulę na facetów nie działam w ogóle, brak urody, kurwików w oczach i przymiotów ducha